Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa | Cecylia Kukuczka

Baliśmy się rozmawiać o śmierci

NPM 10/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
()
Cecylia Kukuczka, żoną Jerzego Kukuczki, drugiego na świecie zdobywcy Korony Himalajów i Karakorum, który 30 lat temu zginął na Lhotse.

Jak długo była Pani z mężem?
Przez czternaście lat małżeństwa i trzy lata przed ślubem.

A jak się Państwo poznali?
Przypadkiem. Wybrałam się z koleżanką na ploteczki do modnej wówczas Cafe Sport (nomen omen), przy katowickim rynku. Wszystkie stoliki były zajęte, już chciałyśmy zawrócić, gdy zauważyłam, że na końcu sali właśnie zwalnia się miejsce. Podeszłam, zapytałam, czy można. Panowie, którzy zamierzali wyjść, zażartowali, że skoro ich stolik „upolowały” takie ładne dziewczyny, to oni zmienią plany i zostaną z nami. Jednym z nich był właśnie Jerzy, który został ze mną do końca...

A pozostali, którzy z Wami wtedy zostali? Czy byli towarzyszami wczesnych wypraw górskich Pani przyszłego męża?
Nie, to byli koledzy z pracy. Niestety, ich imiona już mi umknęły. Znacznie lepiej pamiętam moją koleżankę, Basię, która nieoczekiwanie została naszą „przyzwoitką”... (śmiech). Ale do domu Jerzy elegancko odprowadził mnie sam, a ściślej – odwiózł autobusem – bo samochodu jeszcze wówczas nie posiadał. On mieszkał wtedy w Bogucicach, ja na Ligocie. Tak długo rozmawialiśmy pod bramą, że nie pozostało nic innego, jak umówić się na następne spotkanie... I tak zaczęła się nasza przygoda.

Poczuła Pani już wtedy szybsze bicie serca?
Tak. Pamiętam, że szczególną uwagę zwróciłam na oczy Jerzego. Były ciepłe, rozmarzone, pogodne, widać było w nich dobroć.

A góry? Czy odbijały się w nich już wtedy?
Nie, na pierwszym spotkaniu nie rozmawialiśmy o górach, ale na następnych randkach pojawiały się coraz częściej. I tak od słowa do słowa, zaprosił mnie na pierwszy wspólny wyjazd w skałki. Tam okazało się, że mam lęk wysokości i wyjątkowy antytalent do wspinaczki... (śmiech). Spróbowałam tylko raz, do góry jeszcze jakoś udało mi się wdrapać, ale na dół już w żaden sposób nie umiałam zejść, miałam zawroty głowy, sparaliżował mnie lęk. Moja kariera wspinaczkowa była więc krótka. Na szczęście Jerzego nie zniechęciło to do mnie.

A Pani to doświadczenie nie zniechęciło do niego? Świadomość, że ryzykuje swoim zdrowiem i życiem nie zmieniła Pani uczuć?
Ani trochę. Natomiast zaczęłam trochę bać się o Jerzego, bo dopiero wtedy zrozumiałam, jak niebezpieczny jest ten jego świat. A Jerzy wyjeżdżał coraz częściej i w góry coraz wyższe.

Bez Pani?
Beze mnie. Jerzy nigdy nie zaproponował mi wspólnego wyjazdu na wspinaczkę. Może chciał mnie uchronić przed ryzykiem, może chciał mi oszczędzić zmartwień, a może chciał mieć góry dla siebie? Nie wiem. Nie miałam o to żalu do niego, nie byłam zazdrosna o góry, nie sprzeciwiałam się tym wyjazdom, bo widziałam, ile radości mu dają. Czasem tylko było mi smutno, gdy wyjeżdżałam sama na wakacje, bo tak jak jego żywiołem były góry, tak mój stanowiła woda; uwielbiałam pływać. Nie spędziliśmy razem ani jednego urlopu. Raz tylko żony uczestników wyprawy zostały zaproszone do Indii, na Goa. I tylko wtedy widziałam Jerzego w wodzie. Rozbieżność upodobań nie przeszkadzała nam jednak ani przed ślubem, ani po.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też