Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Flesz |

Czarna limuzyna w Rzekach

NPM 7/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Redakcja n.p.m.
Miejsce odpoczynku metropolity krakowskiego (fot. Michał Parwa)
Papieskie szlaki, liczne krzyże i tablice rozsiane po beskidzkich pasmach wciąż przypominają o górskich wycieczkach Karola Wojtyły. Wyjątkowa pamiątka po ówczesnym metropolicie krakowskim skrywa się również w gorczańskiej kniei nad potokiem Kamienickim. Wędrując niebieskim szlakiem na przełęcz Borek (1009 m n.p.m.), niecałe dwa kilometry od przystanku Lubomierz-Przysłop, trafimy na schron Papieżówka.

Robotniczy szałas, wybudowany w latach 60. XX wieku na polance zwanej „Do Grabca”, służył miejscowym drwalom. Ale podczas wakacji 1976 roku zamieszkał w nim na dwa tygodnie niezwykły gość. Otaczająca polanę przyroda służyła modlitwie i skupieniu, gdy kardynał przygotowywał się do wyjazdu na Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny w Filadelfii. Dlaczego właśnie tutaj? Na wybór miejsca wpływ miała zapewne bardzo dobra znajomość Gorców przez Wojtyłę oraz jego wcześniejsze wizyty ze studentami, kiedy był księdzem. W trakcie pobytu w Papieżówce kardynał spał na pryczy wyłożonej gałęziami, jadł przy drewnianym stole zbitym z surowych desek, a do ogrzewania wykorzystywał żeliwny piecyk. Między spacerami, czytaniem i sporządzaniem notatek znalazł także czas na wybrukowanie wejścia przed drzwiami. W tym celu własnoręcznie nosił kamienie z potoku.
Dni mijały, miejscowi spotykali przybysza, ale nikt w okolicy się nie zorientował, kim jest samotny mężczyzna szukający spokoju w spartańskich warunkach. Tajemnica wyjaśniła się dopiero, kiedy na drogę wjechała czarna limuzyna arcybiskupów krakowskich, aby odebrać kardynała. Dwa lata później, gdy na Stolicę Piotrową powołano Jana Pawła II, budynek zaczęto nazywać Papieżówką. Na tej podstawie można przypuszczać, że w okolicach osiedla Rzeki kardynał Wojtyła spędził jeden ze swoich ostatnich urlopów przed wyjazdem do Rzymu. O tym, że nigdy nie zapomniał o Gorcach, świadczy jego słynne zdanie: „Chodź na Turbacz!”, wypowiedziane w czasie pielgrzymki do Polski w 1997 roku. Kolejny znany cytat: „Pilnujcie mi tych szlaków”, zobaczymy na tablicy pod opisanym schronem.
Michał Parwa

-------

Łużyckie domy przysłupowe

Miłośnik architektury kojarzy pasma górskie na podstawie charakterystycznej, miejscowej zabudowy. Jeśli Bieszczady, to PRL-owskie dwuspadowe domy kryte eternitem. Masyw Śnieżnika? Na myśl przychodzi szwajcarski styl domów wczasowych z długimi balkonami. A gdy ktoś zapyta o Góry Łużyckie – odpowiedź może być jedna. To typowe domy przysłupowe.
Najpiękniej prezentują się one w północnej, niemieckiej części Gór Łużyckich. Fenomen budowlany tych domów polega w skrócie na tym, że parterowa część budynku nie jest obciążona tym, co znajduje się wyżej, a więc pierwszym piętrem i dachem. Jak to możliwe? Po prostu ciężar wyższych kondygnacji spoczywa na zewnętrznych drewnianych filarach, zwanych przysłupami, które wychodzą nieco poza obrys parteru.
Ojczyzną domów przysłupowych są Górne Łużyce. To właśnie tam, w jednym z najniższych pasm górskich w obrębie Sudetów, można spotkać spore nagromadzenie takich budowli. Zinwentaryzowano ich nieco ponad 10 tysięcy, z czego grubo ponad połowa znajduje się na terenie Republiki Federalnej Niemiec. Polscy turyści najczęściej oglądają je, korzystając z jednodniowych wyjazdów w Góry Łużyckie, jakie umożliwia wąskotorówka kursująca z Żytawy do dwóch podgórskich kurortów. Właściwie dosłownie tuż po wyjściu z pociągu na ostatnim przystanku w Jonsdorfie, zaraz za kozłem oporowym oznaczającym koniec toru, oczom podróżnych ukazuje się pierwszy z tych niezwykłych domów. I choć wiele z nich uznanych zostało za zabytkowe, to jednak mimo upływu dziesięcioleci, a nawet stuleci od ich budowy nadal służą jako mieszkania. Wygląda więc na to, że technologia przysłupowa zwycięsko przeszła próbę czasu.   
Tomasz Rzeczycki