Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Inne oblicze rycerza

NPM 4/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Szymon Matuszyński
Jeśli ktoś chce odwiedzić śpiącego rycerza bez tłumów, wiosna to doskonały moment (fot. Albin Marciniak)
Jedna z najbardziej niezwykłych gór leżących na terenie naszego pięknego kraju. Symbol, ikona, rycerz cały czas czuwający nad stolicą polskich Tatr. Jego zdobycie jest niemal obowiązkiem. Ale by poczuć jego magię, trzeba zrobić to w odpowiednim czasie.

Widać go niemal z każdego miejsca w Zakopanem. Opadające na północną stronę strome i trudno dostępne zbocze wzbudza respekt, ale uruchamia też wyobraźnię. Jest ono też bardzo atrakcyjnym terenem wspinaczkowym, gdzie poprowadzono wiele pięknych i trudny dróg. Dziś Giewont to miejsce chrztu bojowego zarówno dla zaczynających przygodę z górami turystów, jak i amatorów tatrzańskich wspinaczek. Niestety, z drugiej strony musi się on mierzyć ze zbyt dużą popularnością – szczególnie w szczycie sezonu. W lipcu czy w sierpniu, żeby go zdobyć, trzeba odstać swoje w kolejce.

Obiekt snów i westchnień
Liczący 1894 metry n.p.m. szczyt od dzieciństwa rozbudzał i moją wyobraźnię. Zachwyt i fascynację wzmacniał legendami i opowieściami mój ojciec – szczególnie tymi, dotyczącymi znajdujących się w Giewoncie jaskiń. Choć nigdy jakoś szczególnie nie zwróciłem się ku speleologii, wszelkie „dziury” zawsze żywo mnie interesowały. Posługujący się piękną polszczyzną mój tato, Jan Wojciech opowiadał takie historie, że często chciałem rzucać wszystko i ruszać w Tatry. Choć miałem wtedy niespełna pięć lat!
Ale nie mogło być inaczej, skoro legendy o rycerzach i skarbach umiejscawiał na przykład w Jaskini Śpiących Rycerzy, znajdującej się w opadających w stronę Doliny Małej Łąki zboczach Małego Giewontu. Jako dziecko zwariowałem na tym punkcie, co dziś znajduje wyraz w mojej nieskończonej miłości do gór, w tym przede wszystkim właśnie do Tatr.
Na pierwszą wycieczkę, a właściwie wyprawę na Giewont nie musiałem długo czekać. Doskonale pamiętam ten moment: lato 1984 roku, zanim jeszcze skończyłem pięć lat. Było to przeżycie niezwykłe, które ukształtowało mój dzisiejszy stosunek do gór. Jego fundamentem jest respekt i szacunek.
Wtedy wędrowaliśmy z Doliny Kondratowej, zatrzymując się wcześniej na kultowej jajecznicy z patelni w uroczym schronisku na hali, sprzed którego rozpościera się piękna panorama w stronę Suchego Żlebu i Kondrackiej Kopy.
Legendy i opowieści…
Z tym miejscem – Halą Kondratową i całą Doliną Bystrej – związane są zresztą dwie kolejne opowieści, które w młodzieńczych latach opowiadał mi ojciec. Pierwszą była historia lawiny z 1954 roku, która zeszła ze zboczy Długiego Giewontu. 30-tonowy głaz wbił się w róg schroniska (jadalnię), niszcząc sporą jego część. Ów głaz można podziwiać do dziś.
Druga historia związana jest z leżącą nieco niżej, bo w okolicach hotelu na Kalatówkach, Jaskinią Bystrej – jednym z najbardziej niezwykłych i najtrudniejszych dla speleologów miejsc w całych Tatrach. Licząca prawie 1500 metrów długości i 17 głębokości, posiada bardzo dużą liczbę wewnętrznych jeziorek i syfonów. Odkryta w 1923 roku przez braci Zwolińskich była miejscem wielu ekspedycji, a w 1987 roku zdarzył się tu śmiertelny wypadek. Jest ona oczywiście niedostępna dla turystów, co tylko za młodu wzmacniało moją fascynację. Do tego stopnia, że często Jaskinia Bystrej pojawiała się w moich snach. O jaskini wspomina oczywiście w tatrzańskiej biblii Józef Nyka: „Gdzieś́ tu, pod skałami, przebiegają ̨korytarze Jaskini Bystrej. 16 lutego 1987 r. w czasie pró́by osiągnię̨cia V syfonu zginął w nich 26-letni grotołaz z Jugosławii – Aleksej Petrujkić. Dramatyczna akcja wydobycia jego zwłok była obszernie relacjonowana w prasie. Dopiero 19 marca powiodła się ̨pró́ba specjalnej ekipy z Francji, poprzedzona opróż̇nieniem z wody syfonów I-IV”.

Wybrać odpowiednią porę…
Giewont w swoim życiu zdobyłem kilkanaście razy. Jednak wraz z upływem czasu zacząłem szukać przede wszystkim lepszych niż letnie terminów, aby uniknąć stania w kolejce, by stanąć pod słynnym krzyżem. Żeby jednak być zupełnie szczerym, również w piękne, zimowe dni spotkać można tu sporo ludzi. Dlatego też myśląc o kolejnej wycieczce w te strony, postawiłem tym razem na przełom zimy i wiosny. Wiosenny Giewont postanowiłem zdobyć, jak to często mam w zwyczaju, w ciągu jednodniowej wycieczki z Wrocławia. Nie wiem, czy kiedyś mi się to znudzi: wstawanie w nocy, czterogodzinna jazda, potem wspinanie i powrót. Dwa dni dochodzę potem do siebie, mimo wszystko wciąż jednak często na takie „hardcorowe” wypady się decyduję.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Polska

Zobacz też