Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Sudety / masyw Śnieżnika

Iskry spod nart

NPM 1/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Krzysztof Story
(fot. Krzysztof Story)
Wyciągi rzadko bywają czynne o wschodzie słońca. Wyratrakowane stoki nie pozwalają na zabawę w świeżym puchu. No i te iskry przy zjeździe. Tego nie zagwarantuje żaden skipass. Trzeba zmienić narty, założyć foki i samemu podejść na szczyt. Warto. A nie ma lepszego miejsca na pierwsze skiturowe próby niż Masyw Śnieżnika.

Śnieżnik (1425 m n.p.m.) jest trzecim co do wysokości masywem w Sudetach po Karkonoszach i Wysokim Jesioniku. Piękne widoki i bliskość schroniska przyciągają tu wielu turystów. Latem zielona polana pod szczytem pełna jest ludzi. W jeden z weekendów na Hali pod Śnieżnikiem odbywa się tu nawet plenerowy koncert zespołu Dom o Zielonych Progach. Ale dla mnie Śnieżnik to przede wszystkim zima. O tej porze góra ma zupełnie inne oblicze. Zamiast zieleni – gruba warstwa białego puchu. Zamiast pikników pod schroniskiem – ciepła herbata w wielkiej sali jadalnej. I przede wszystkim: zamiast odcisków trekkingowej podeszwy – wąskie ślady nart.

Aż oczy bolą
Do Jodłowa przyjeżdżamy około południa. Samochód zostawiamy pod przypadkową chatą. Wyżej, czyli na parking, bez łańcuchów nie podjedziemy. Wszędzie dookoła biało, nawet chaty ledwo wystają spod śniegu. To dobrze, bo sprzęt można założyć od razu. Skórzane treki zostają w bagażniku, a na nogach lądują ciężkie plastikowe skorupy. Z dachu auta ściągamy narty. Ja jeżdżę od kilku lat, ale niektórzy z naszej czwórki właśnie stawiają swój pierwszy krok na skiturach.
Pół godziny później wchodzimy w las. Tu kończy się wyjeżdżona przez samochody droga, a zaczyna nieprzetarty szlak. Pozostaje się tylko cieszyć, że mamy na nogach narty. Materiałowe foki podklejone od spodu spisują się na medal. Nie zsuwamy się w dół, za to pod górę deski suną płynnie i bez zapadania się. Dziewczyny, które są na turach pierwszy raz, dziwią się, że podchodzenie na nartach może być tak wygodne.
Niebieskim szlakiem powoli wspinamy się do góry, zostawiając za sobą dwa wąskie ślady. Ale nie przetrwają one zbyt długo, bo śnieg sypie bez przerwy. Po dwóch godzinach dochodzimy do rozdroża pod Małym Śnieżnikiem. Szczyt nie jest nam po drodze, ale leży zbyt blisko, by na niego nie wejść. Wiosną pełno jest tu zieleni. Na zboczach kwitnie fiołek sudecki i pierwiosnka wyniosła. Teraz krajobraz jest zupełnie inny, może jeszcze piękniejszy.
„Śnieg i mgła i ciągle sypie. Biało. Tak jakby nasza czwórka, nasze kurtki i narty były ostatnimi kolorami na świecie. Aż oczy bolą” – zapisuję w pamiętniku.
Zjeżdżamy z powrotem na przełęcz i niebieskim szlakiem kierujemy się na północny-wschód. Po godzinie las robi się coraz rzadszy, aż w końcu wychodzimy na zatopioną we mgle polanę. Jeszcze kilka kroków i z mlecznej zupy wyłania się całkowicie oszroniony budynek. Aż ciężko uwierzyć, że pod warstwą lodu schronisko Na Śnieżniku jest intensywnie żółte. Przez kilka dni będzie moim domem.

Pierwszy zakręt
O poranku budzimy się w innym świecie. Wita nas niebieskie niebo, promienie słońca i zima jak z bajki. Ten dzień trzeba wykorzystać do maksimum. Przed schroniskiem przypinamy narty, zakładamy foki. Na szczyt zielonym szlakiem idzie się stąd zaledwie pół godziny. Jednak my nie musimy trzymać się znaków.
Skitury dają w górach przyjemne poczucie wolności. Na nartach nie zapadniesz się, nie zakopiesz. Gdzie wola, tam droga. Mijamy więc zielony szlak i podchodzimy na przełaj, wzdłuż polsko-czeskiej granicy. Po drodze odwiedzamy Jaskółcze Skały, jedno z moich ulubionych miejsc w całym masywie. Położony na uboczu występ skalny wita nas przepięknym widokiem na czeską Dolną Morawę. Widać stąd też Trójmorski Wierch z charakterystyczną wieżą widokową. Tam właśnie zbiegają się zlewiska trzech mórz: Bałtyckiego, Czarnego i Północnego.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też