Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Flesz |

Kajak pod ścianami

NPM 11/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Redakcja n.p.m.
Zachodni brzeg jeziora z perspektywy kajaka (fot. Michał Parwa)
Słoweńcy wierzą, że podczas stworzenia świata Bóg, urzeczony ich skromnością, podarował im najpiękniejszy kawałek ziemi. Aby się o tym przekonać, wystarczy zawitać w okolice jeziora Bohinj – najgłębszego w kraju akwenu polodowcowego – gdzie początki osadnictwa sięgają epoki żelaza.

Podobnie jak przed wiekami niemal z każdej strony otaczają je ponad 1000-metrowe skały i strome zbocza. A współcześnie także gęsta sieć szlaków turystycznych zachęcająca do dłuższego pobytu. Niektórzy wyruszają stąd (posiłkując się noclegiem w schroniskach) na szczyt widoczny na fladze i w herbie Słowenii, czyli Triglav (2864 m n.p.m.), lub na krótszą turę do bajkowej Doliny Triglavskich Jezior (słow. Dolina Triglavskih jezer). Innym wystarczy kemping w miejscowości Ukanc, przy którym można wypożyczyć czółno, kajak lub zwykłą łódź i samodzielnie podpłynąć pod wielkie ściany.
Atrakcją samą w sobie jest ponad 10-kilometrowy spacer wokół jeziora zaczynający się w osadzie Ribčev Laz, do której łatwo się dostać busami ze stacji kolejowej w Bohinjskiej Bistricy. Pierwsze kroki warto skierować pod średniowieczny kościół św. Jana Chrzciciela, uważany za jeden z najcenniejszych zabytków regionu. Nieopodal, w małym parku, stoi pomnik pierwszych zdobywców Triglava oraz postument przedstawiający Zlatoroga – legendarną kozicę o złotych rogach będących jednocześnie kluczem do skarbu ukrytego w górach. Kierując się na zachód, trafimy na niewielką polanę z barokową świątynią pw. Ducha Świętego, skąd blisko już do wspomnianego kempingu. Z tego miejsca koniecznie trzeba się wybrać pod wodospad Savica (słow. Slap Savica) – najznamienitszy w całej Słowenii, spadający z ponad 70-metrowych skał. Prowadzi pod niego co najmniej 500 stopni. Trzeba je pokonać, by dotrzeć na specjalnie przygotowaną platformę i stanąć oko w oko z siłą natury. Kiedy nasycimy oczy i uszy, na deser zostaje przyjemny powrót północnym brzegiem jeziora. Pod skałami, w ciszy i spokoju, z dala od asfaltu.
Michał Parwa

-------

Uzdrowisko Stanisława Barei

W dolinie Białej Lądeckiej, u podnóża Gór Złotych, rozciąga się malutkie miasteczko Lądek-Zdrój. Przez dziesięciolecia znali je głównie kuracjusze, ale zapisało się w pamięci Polaków również z innych powodów.
W czasach PRL-u jeden z turystycznych miesięczników zamieścił artykuł na temat najstarszego polskiego uzdrowiska w Krzeszowicach, położonych kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Katowic. Od razu odezwały się protesty, że przecież prymat w tym względzie należy się Lądkowi-Zdrojowi! Zjeżdżali tutaj do domów wczasowych ludzie z różnych stron kraju, co ułatwiały bezpośrednie połączenia kolejowe z Warszawą i z Mysłowicami. I tu pierwsza anegdota. Ponieważ linia kolejowa kończyła się za Lądkiem w Stroniu Śląskim, nierzadko zdarzało się, że pasażerowie, chcący wyjechać w głąb Polski, wsiadali na lądeckiej stacji do pociągu jadącego do... Stronia Śląskiego. A wszystko po to, by mieć zagwarantowane miejsce siedzące. Tam bowiem z załadowanego po brzegi pociągu nikt już nie wysiadał: wszyscy czekali, aż zostanie przestawiona lokomotywa i pociąg ruszy w powrotną drogę.
Chociaż lądeckiego uzdrowiska specjalnie reklamować nie trzeba było, i tak furorę zrobiła wypowiedź z jednego z filmów komediowych reżyserowanych przez Stanisława Bareję. W filmie tym niezorientowana kasjerka twierdzi, że w jej spisie nie ma takiej miejscowości, jak Londyn, jest za to Lądek, konkretnie Lądek-Zdrój. Jeszcze mniejszą wiedzą wykazał się uczestnik jednego z popularnych teleturniejów telewizyjnych. Poproszony o wymienienie jakiegoś przylądka odpowiedział: Przylądek Zdrój!
Zresztą w czasach Polski Ludowej pewnie sami lądczanie mieliby niemały problem z określeniem położenia swojej miejscowości. Potocznie mówiło się, że znajdowała się ona na Ziemi Kłodzkiej, lecz pod względem administracyjnym był to powiat bystrzycki. Czyli może jednak ziemia bystrzycka? Z kolei sąsiedztwo Stronia Śląskiego mogło wskazywać na Śląsk. Ale zagorzali orędownicy odrębności Ziemi Kłodzkiej (i bystrzyckiej) z pewnością nie zgodziliby się z taką tezą. Tuż po wojnie tereny te podlegały Ministerstwu Ziem Odzyskanych, historycy wskazywali zaś, że nigdy wcześniej Lądek-Zdrój nie leżał w granicach Polski, więc trzeba by było mówić raczej o ziemiach pozyskanych niż odzyskanych.
Aha, i jeszcze kwestia centrum miasta. Właściwie miasteczko ma dwa centra. Jednym jest przepiękny Rynek i część staromiejska. Drugim – dzielnica uzdrowiskowa. Czy nie za dużo tego pomieszania? A może ono też przyczynia się do urokliwości tego przylądka… yyy, zakątka?
Tomasz Rzeczycki


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też