Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Wysokie Taury

"Kogel" w wersji light

NPM 11/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Cylka
Widok z przełęczy Cimaross. Po lewej Rotenkogel, a w dole widać jezioro Goldried See i górną stację kolejki jeżdżącej z Matrei In Osttirol (fot. Tomasz Cylka)
Alpy są pełne różnej maści zaokrąglonych „kogli”. I bynajmniej nie ma to żadnego związku ze słodkim, jajecznym deserem. Jest na przykład „kogel” biały albo z widokiem na jezioro. A pod Grossglocknerem można się zmierzyć z czerwonym „koglem”, który warto potraktować jako idealną rozgrzewkę przed poważniejszym atakiem.

Pierwsze skojarzenie z Wysokimi Taurami? Oczywiście Grossglockner (3798 m n.p.m.), najwyższy szczyt Austrii, albo ewentualnie Grossvenediger (3666 m n.p.m.), łatwo dostępny trzytysięcznik dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z lodowcami. Ale to nieprawda, że to okazałe górskie pasmo jest dostępne tylko dla wytrawnych miłośników gór. Wysokie Taury to także idealne miejsce na rodzinny wypoczynek albo górską randkę z nieznajomą. Dlaczego by nie? Nie ma nic lepszego niż zaproszenie dziewczyny – albo chłopaka, to zależy – na dwutysięcznik wyższy od Rysów. W tym roku na podbój Wysokich Taurów ruszyliśmy w zgranym ośmioosobowym rodzinno-przyjacielskim gronie.

Tunel długi na pięć kilometrów
W drodze z Polski przez Niemcy bramę w Wysokie Taury stanowi Felbertauernstrasse, czyli droga krajowa numer 180 z Mittersill do Lienzu o długości prawie 66 kilometrów. To równoległa trasa do słynnej Grossglockner Hochalpenstrasse, ale szybsza, tańsza, a także otwarta zimą, co jest ważne dla dziesiątek tysięcy narciarzy. W końcu narciarstwo alpejskie to narodowy sport Austriaków. Tam nawet piłka nożna nie dorasta dwóm deskom do pięt. I nie pomogło ani organizowane tu Euro 2008, ani niedawny awans reprezentacji na kolejne Mistrzostwa Europy we Francji. A przecież piłkarze tego alpejskiego kraju zmiażdżyli naszpikowane gwiazdami Szwecję i Rosję.
Przejazd drogą Felbertauern nie jest może tak urokliwy, jak jej konkurentką po drugiej stronie Grossglocknera, ale i tak emocji nie brakuje. Zwłaszcza wtedy, gdy jedzie się w ulewie i przy błyskach mocnych wyładowań atmosferycznych, jak to jest właśnie w naszym przypadku. Co prawda mówią, że samochód to najbezpieczniejsze miejsce podczas burzy, ale co zrobić, gdy jadące przed tobą auto nagle się zatrzymuje na ostrym zakręcie i włącza światła awaryjne? Zakręty na drodze o nachyleniu około dziewięciu procent w takich warunkach znacznie podnoszą poziom adrenaliny. W przewodnikach można znaleźć informację, że z tej drogi widać ponad 30 szczytów trzytysięcznych. My nie widzimy nic poza światłami aut jadących przed nami. Tak więc informacje o tym, że w pobliskich górach żyje ponad 10 tysięcy gatunków zwierząt, przyjmujemy na wiarę.
Dokładnie na 19,8 kilometra Felbertauernstrasse wjeżdżamy do tunelu o takiej samej nazwie. Jesteśmy na wysokości 1607 m n.p.m. To niemal tyle samo, co nasz Czarny Staw Gąsienicowy. Skąd jego nazwa? Odpowiedź jest bardzo prosta – od jednego z pobliskich szczytów (Felber Tauern, 2481 m n.p.m.). Kto jednak myśli, że otwarty w 1967 roku tunel wydrążono właśnie pod tą górą, tego szybko wyprowadzam z błędu. Nad naszymi głowami, a raczej w tym przypadku dachami samochodów, górują Hochgasser (2922 m n.p.m.) i Bärenköpfe (2863 m n.p.m.). Wybór nazwy padł na Felbertauern, bo góra dumnie pręży się po prawej stronie. To wiemy jednak tylko z mapy – pogoda za nic nie chce się poprawić. Sam tunel liczy niecałe 5,5 kilometra. Jego południowy wylot znajduje się 25 metrów wyżej niż północny. Takie dane austriaccy budowniczy zawiesili na specjalnych tabliczkach przy drodze. Jak się okazuje, zamiłowanie do różnego rodzaju statystyk mają nie tylko miłośnicy NBA.
Po wyjeździe z tunelu płacimy za osobowe auto 10 euro. Niektórzy mieszkańcy okolicznych miejscowości mają zniżki. Aż trudno uwierzyć, ale protest jednego z kierowców właśnie z tego powodu sprawił, że opłatami za tunele w Alpach zajęła się Komisja Europejska. Na razie jednak żadnych zmian ani ujednolicenia nie wprowadzono.
Zjeżdżamy do Matrei in Osttirol, alpejskiej miejscowości, która będzie naszym domem przez najbliższy tydzień. Ze względu na roboty drogowe obowiązuje ruch wahadłowy i kilkadziesiąt minut tracimy w korku. Bynajmniej nie jest to rutynowy remont zniszczonej nawierzchni. 14 maja 2013 roku lawina o długości około 95 metrów zniszczyła galerię po południowej stronie drogi. Przez dwa i pół miesiąca trasa była zupełnie nieprzejezdna. Remont trwa już dwa lata. A mówi się, że tylko w Polsce modernizacje trwają w nieskończoność. Wreszcie po niemal 12-godzinnej podróży z Poznania jesteśmy u stóp Wysokich Taurów. Z Mittersill po drugiej stronie tunelu to 36 kilometrów.

Via ferraty? Pomocy szukam w niebie
Matrei in Osttirol (980 m n.p.m.) to idealna baza wypadowa, choćby przed zdobywaniem pobliskiego Grossvenedigera. Gór bliskich 3000 m n.p.m. albo minimalnie tę granicę przekraczających tu nie brakuje. To idealna aklimatyzacja przed większymi wyczynami albo rozgrzewka na rozruszanie kości. Sama miejscowość to typowy alpejski obrazek. W centrum miasta kościół z wieżą, na której dzwon co godzinę przypomina wszystkim o upływającym czasie. Obok cmentarz, plac z muzeum o Parku Narodowym Wysokie Taury (National Park Hohe Tauern) i uliczki prowadzące do ścisłego centrum ze sklepami. Nie jest to jednak gwarne miasto na wzór choćby szwajcarskiego Zermatt czy pobliskiego Mayrhofen. Nad wyraz tu cicho i spokojnie.
– Gwarno tu jest zimą, jak przyjeżdżają narciarze. Ale jesienią, a nawet latem, to co tutaj robić – dziwi się kościelny, który porządkuje alejki na parafialnym cmentarzu.
Przechodzimy całe miasteczko, by dotrzeć do dolnej stacji kolejki linowej – Goldried Bergbahnen. To właśnie tu zimą koncentruje się życie. Ale w pozostałe pory roku można cieszyć się samotnością. Kilkuosobowy wagonik wywozi nas na wysokość 2156 m n.p.m. Stąd zamierzamy rozpocząć wędrówkę na pobliski Rotenkogel (2762 m n.p.m.).

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też