Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Indonezja

Maczeta zamiast czekana

NPM 11/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Łukaszewicz
Dla miejscowych drobnostka, dla nas wyzwanie. Most na rzece Mupi (fot. Michał Łukaszewicz)
Tym razem nie było zdobywania najwyższego wierzchołka ani zakładania obozów. Była za to górska wyprawa do miejsca, gdzie większość szczytów nie ma jeszcze nazwy. Zamiast wiecznego śniegu jest wiecznie zielony las; drogę pokonuje się nie czekanem, a maczetą. Oto położone w indonezyjskiej części Nowej Gwinei góry Arfak.

Co właściwie skłoniło mnie, aby wybrać się w ten odległy skrawek świata? Otóż w pewien zimowy weekend obejrzałem w telewizji program przyrodniczy. Opowiadał on o niezwykłych ptakach zamieszkujących tereny Nowej Gwinei. Samce owych gatunków, aby przypodobać się niezbyt okazałej partnerce, rozwinęły drogą ewolucji nie tylko niespotykane upierzenie, ale także taniec i inne rytuały. Nigdy nie byłem fanem ornitologii, lecz cudowronki – bo o nich mowa – zafascynowały mnie bezgranicznie. I jak nie poprzestaję na oglądaniu szczytów na obrazkach, tak i tym razem zapragnąłem na własne oczy zobaczyć te ptaki w ich naturalnym środowisku. A że wyjazd bez gór to nie wyjazd, musiałem znaleźć sposób, aby obie fascynacje połączyć. Góry Arfak w Indonezji były idealnym wyborem. Na wyprawę zabrałem swoją dziewczynę.

Polska przez duże P
Przylatujemy do Manokwari, największego miasta w Papui Zachodniej. Mamy tu do załatwienia kilka spraw. Musimy wyrobić na komendzie policji pozwolenie na dalszą podróż oraz kupić zapasy jedzenia na najbliższy tydzień. Chcemy też odpocząć po blisko trzech dniach spędzonych na lotniskach i w samolotach. Nie ułatwia nam tego ponad 40-stopniowy skwar, jaki panuje na ulicach miasta. Idąc w kierunku wspomnianej komendy policji, czujemy się jak celebryci. Lokalni, bez względu na wiek, uśmiechają się do nas. Podchodzą uścisnąć białą rękę, zapraszają do siebie na herbatę.
– Cel podróży? Stan cywilny? Kraj pochodzenia? Lokalne kontakty? – porucznik na komendzie pyta o wszystko bardzo szczegółowo.
Choć i tak w całej Indonezji naszą odpowiedź na pytanie o kraj pochodzenia większość miejscowych rozumie jako Holandię. W języku indonezyjskim Polska to Polandia, a Holandia to Holandia. Holandię znają dobrze, wszak nieco ponad pół wieku temu tereny te stanowiły holenderskie kolonie. Z Polską jest już gorzej. Za każdym razem musimy wypowiadać nazwę Polandia przez duże P, tak jakby uczyło się tej litery małe dziecko, by mieć szansę promocji naszego kraju i by w indonezyjskich papierach wszystko się zgadzało. Po dwóch godzinach oczekiwania otrzymujemy dokument, tzw. surat jalan (pozwolenie na dalszą podróż po Papui), w którym ściśle wymienione są miejsca, w jakie zmierzamy. W teorii ów dokument należy podstemplować w lokalnej komendzie policji za każdym razem, gdy się przemieścimy. W praktyce jednak staje się coraz rzadziej używany. A do tego tam, gdzie jedziemy, policji brak.
W drodze powrotnej do hotelu robimy zakupy na wyjazd: głównie ryż, jajka i słodycze. Wieczorem spotykamy się z Hansem, moim miejscowym kontaktem z plemienia Hattam, który organizuje dla nas potrzebnych ludzi (tragarza, tropicieli i kucharkę) i miejsce do spania i dodatkowo służy nam jako tłumacz. Zna tak samo angielski jak my indonezyjski, ale to wystarczy, by dogadywał się w naszym imieniu z innymi ludźmi Hattam. Wspólnie ustalamy, że wyruszymy następnego dnia o czwartej rano.

Góry, które żyją
Z niewielkim opóźnieniem podjeżdża po nas stary, rozklekotany bus. Wsiadamy do niego jako ostatni. W środku, poza Hansem i kierowcą, siedzi także dwójka mężczyzn i jedna kobieta. Oni również należą do plemienia Hattam, którego przedstawiciele charakteryzują się niebywałą, jak się niedługo przekonamy, siłą i kondycją. Są stosunkowo niscy i mają niewielką masę ciała. Zwracamy uwagę na ich ciemną skórę, szerokie wargi, nozdrza i kręcone włosy. Tak różni od reszty mieszkańców Indonezji stanowią sami w sobie argument za niepodległością Papui.
Po około godzinie jazdy wzdłuż wybrzeża na południe od Manokwari docieramy do miejsca, gdzie kończy się wąska asfaltowa droga. Za chwilę zacznie świtać. Żegnamy się ze spokojnym szumem Pacyfiku. Wschód słońca odsłania przed nami niesamowitą górską scenerię. Pokryte gęstą, nienaruszoną przez człowieka dżunglą szczyty przestają być zielone tylko tam, gdzie wodospad toruje sobie drogę przez skalne urwisko. Nie tylko na widok okolicy czujemy respekt. Dźwięki dżungli, jakie dochodzą z serca tych gór, brzmią równie dziko, co porywisty wiatr smagający alpejskie granie. Lecz tym razem mamy nieodparte wrażenie, że wchodzimy w góry, które żyją.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też