Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Mała Fatra

Mała, ale wariatka

NPM 2/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Szymon Matuszyński
(fot. Szymon Matuszyński )
Zanosiło się na tę wyprawę od dłuższego czasu, a w marzeniach była od lat. Zawsze jednak na planach się kończyło, ponieważ na krótsze lub dłuższe górskie wypady wybieraliśmy bliższe Tatry, Beskidy czy Sudety. Tym razem Mała Fatra już nam nie umknie. 

Budzik o 3.30 jest bezlitosny. Wyrywa z całkiem głębokiego, jak na mnie, snu, przypominając, że pora wstawać. Po chwili przychodzi refleksja, która przynosi ulgę: – Uff, nie wstaję do pracy, tylko w góry!
Wybieram się na szlak z moim przyjacielem, polskim reżyserem teatralnym, którego nazywamy Jerzem. Chodzimy razem po górach od przeszło 20 lat. W dorobku mamy chyba wszystkie trasy w Tatrach, większość w Beskidach i Sudetach. Nie brak nam też mniej lub bardziej spektakularnych przejść, jak na przykład z Piątki na Ornak w ciągu jednego dnia, czyli cała Orla Perć i Czerwone Wierchy. Tym razem padło jednak na Słowację i kapitalną krainę Małej Fatry.

Niepozorne metry
Umawiamy się w uroczej miejscowości Štefanová. Nie mogliśmy zrobić inaczej – Jerz, reżyserujący aktualnie sztukę w jednym ze słowackich teatrów, jedzie z oddalonej o 150 kilometrów Nitry. Ja docieram tu z Wrocławia. Zwykle spotykamy się w połowie drogi, tym razem nie ma jednak na to szans.
Miejscowość wita nas lekkim deszczem i widokiem przedzierających się pomiędzy chmurami, strzelistych szczytów Małej Fatry. Cóż to jest za miejsce… Choć wiele w życiu gór już widzieliśmy, te urzekają nas różnorodnością, charakterem, pejzażem i klimatem. Jest w nich coś z naszej Jury, coś z Beskidów, ale przede wszystkim z Tatr, a może i nawet z Alp. O czym zresztą dosadnie mieliśmy się przekonać za kilka godzin.
Celem naszej wyprawy są oczywiście Rozsutce: Malý (1344 m n.p.m.) i Veľký (1610 m). Wybór był prosty – od zawsze pociągały nas w górach miejsca, w których można choć na chwilę wejść w skałę, złapać się jakiegoś łańcucha, nieco powspinać. Jak się później okazało, była to decyzja znakomita. Choć trzeba powiedzieć, że i aura poziom adrenaliny znacząco podniosła.
Kluczowy w zrozumieniu fenomenu tego miejsca jest też stosunek wysokości do tego, co się później w tych górach spotyka. Zwykle wprawieni w górskich bojach turyści, jeśli gdzieś się wybierają po raz pierwszy, to widząc wysokość 1300 metrów n.p.m., a nawet 1600 metrów, kręcą nosem. Przecież nawet nasza Babia Góra jest wyższa (1725 m n.p.m.)! Nie dajmy się jednak zwieść. W przypadku Małej Fatry względna wysokość to jedna z największych zmył, na jakie można się w górach natknąć. Szczególnie zimą.

Żelazny wąwóz
Ze Štefanovej kierujemy się żółtym, a później niebieskim szlakiem przez polanę Podžiar w głąb Hornych dier – wąwozu, który przewodniki zgodnie opisywały jako jedno z bardziej niesamowitych miejsc tego rejonu. I rzeczywiście – kapitalny, wpisany pomiędzy skały i wodospady wąwóz robi na nas niesamowite wrażenie. Pisząc „nas”, mam na myśli nie tylko mojego przyjaciela i mnie. Wraz z nim na wyprawę zabrała się bowiem ekipa młodych słowackich aktorów, którzy dodali całej wycieczce kolorytu. Po raz kolejny dowiedli, że Słowacy to naród niezwykle otwarty, obdarzony niesamowitym poczuciem humoru i, co ważniejsze, zdrowym dystansem do życia.
– Przynajmniej nie pada deszcz… – powtarzamy sobie, próbując się pocieszać, bo pogoda wyraźnie nam nie sprzyja. Za to wraz z pokonywaniem kolejnych skalnych progów wąwozu coraz bardziej daje o sobie znać zimowa aura.
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też