Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Hanns Schell

Na zimową Nangę i K2 jest jeszcze za wcześnie

NPM 11/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Dorota Rakowicz
(fot. Łukasz Ziółkowski)
Z Hannsem Schellem, austriackim wspinaczem, jednym z twórców drogi Schella na Nanga Parbat, rozmawia Dorota Rakowicz  

Denis Urubko mówi o sobie, że był „skazany na góry”. Ty też pochodzisz z rodziny, w której alpinizm był czymś naturalnym. Byłeś zatem skazany na góry?
Trochę tak jest. Mój ojciec się wspinał, ja pierwszą górę zdobyłem, mając pięć lat, a już dwa czy trzy lata później uczyłem się również jeździć na nartach. Niedługo potem zacząłem swoją przygodę ze wspinaczką.

Od razu wiedziałeś, że to chcesz robić w życiu?
Na początku tak. Kiedy miałem 20 lat, zdobyłem Piz Bernina, i to był mój pierwszy czterotysięcznik (4049 m n.p.m.). Potem dużo wspinałem się w Alpach, aż w końcu sześć lat po tym pierwszym sukcesie pojechałem w Karakorum. Ale patrząc z perspektywy czasu, widzę, że góry szybko przestały być najważniejsze. Zająłem się firmą ojca i tak się wszystko poukładało, że dziś mogę powiedzieć, że mam cztery filary w swoim życiu: biznes, rodzinę, góry i moje muzeum, które prowadzę w Grazu. Dlatego góry są dla mnie tylko jedną z aktywności. Owszem, wciąż lubię chodzić na spacery, ale niestety – chociaż miałem jeszcze mnóstwo planów i marzeń – zdrowie nie pozwala mi już na chodzenie w góry. Poruszam się bardzo wolno, szybko się męczę i muszę się z tym pogodzić.

Mówisz, że góry nie są dla Ciebie najważniejsze, ale jedna z najsłynniejszych dróg wspinaczkowych na świecie nazwana jest od Twojego nazwiska. To Reinhold Messner w latach 70. przekonał Cię do wytyczenia nowej drogi na Nanga Parbat?
To jest pewien problem… Reinhold faktycznie opowiedział mi o tej drodze, a ja marzyłem o Nanga Parbat, od kiedy skończyłem 10 lat. Dlatego zaraz po rozmowie z nim powiedziałem moim przyjaciołom, że musimy spróbować to zrobić. Ale Messner mnie do tej drogi nie przekonywał, tylko powiedział mi o takiej możliwości. Koniec końców zdecydowałem się tę drogę zrobić wcześniej niż on. Na szczęście Reinhold nie miał z tym problemu.

Za to Wy już na początku wyprawy na Nangę mieliście mnóstwo problemów. Z czego one wynikały?
Trudnością pierwszą i kluczową był brak pozwolenia władz Pakistanu na naszą wyprawę. Były to bowiem takie czasy, kiedy wydawano tylko jedno pozwolenie na sezon, a w 1976 roku zgodę na wspinanie się na Nanga Parbat otrzymał już zespół z Japonii. Wiosną poleciałem spotkać się z Japończykami, by szukać u nich pomocy. Nie mieli nic przeciwko temu, żebyśmy rozpoczęli na ścianie swoją działalność. Niestety, komunikacja z Pakistanem była wtedy utrudniona i nie dostaliśmy od nich żadnej odpowiedzi. Mimo to rozpoczęliśmy wyprawę. Kiedy mieliśmy już wysłane bagaże, przyszła od nich wiadomość: „Przykro nam, ale nie macie pozwolenia”. Na szczęście ówczesny prezydent Austrii [Rudolf Kirchschläger – red.] interesował się bardzo mocno sprawami górskimi. Napisałem więc do niego, aby pomógł nam poprzez ambasadę w Pakistanie załatwić pozwolenie, i udało się. Po kilkunastu dniach i kolejnych komplikacjach mieliśmy zgodę, ale to nie był koniec naszych problemów.

Myślisz o trudnościach, które spotkały Was, zanim tak naprawdę zdążyliście wyruszyć z bazy?
Właśnie. W tamtym momencie Karakorum Highway była zamknięta dla obcokrajowców, więc już samo dotarcie do bazy okazało się bardzo skomplikowane. Sami musieliśmy też postarać się o oficera łącznikowego, którym został początkujący wówczas w tej roli Sher Khan. Gdybyśmy go nie znaleźli, ostatecznie nie dostalibyśmy nawet pozwolenia na wyprawę. Później on wspinał się między innymi z Reinholdem Messnerem.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też