Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Pogórze Karkonoskie

Ostatni zamek przed Śnieżką

NPM 1/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Andrzej Pawlak
Chojnik – zamek na skraju przepaści (FOT. Andrzej Pawlak)
Wycieczka w kierunku Szklarskiej Poręby to doskonała okazja, by podziwiać rozciągającą się na horyzoncie, zachwycającą panoramę Sudetów. Uwagę zwracają szczególnie rysujące się poniżej wysokiego pasma Karkonoszy ruiny średniowiecznego zamku na szczycie góry Chojnik.

Ilekroć jechałem w Karkonosze, zawsze przytrafiało mi się coś, co uniemożliwiało wycieczkę na niepozorny Chojnik (627 m n.p.m.). Tym razem jednak nie wytrzymałem.
– Czas zbadać i dokładnie spenetrować to miejsce od strony urwiska! – rzucam do towarzyszki mych eksploracyjnych wypraw, skręcając gwałtownie z trasy na Szklarską Porębę.
Auto mknie teraz w stronę Jeleniej Góry-Sobieszowa i rosnących z każdym kilometrem ruin na szczycie góry. Gdy docieramy na miejsce, z porannej mgły wyłaniają się barierki parkingu i miła pani, która z niewysłowioną wprost radością inkasuje należność za parking strzeżony. Jest jednoosobową ochroną i inkasentem na prawie półhektarowym polu, powoli wypełniającym się samochodami. Miła i sympatyczna kobieta może spokojnie zastąpić pełną obsługę całego biura informacji turystycznej, gdyż zna odpowiedzi na wszystkie możliwe pytanie, jakie mogą zadać przyjeżdżający tutaj turyści.
Pokrzepieni dość obfitą dawką najświeższych informacji i nowinek, idziemy ku naszemu celowi. Na razie nie mamy szans go podziwiać – już dawno zniknął pośród lasu pokrywającego wzgórze, przytłoczonego dodatkowo osiedlem domków jednorodzinnych. Przechodzimy koło zamkniętych jeszcze pubów, nieczynnych restauracji, osiedlowych grillów, sklepików i noclegowni pod Chojnikiem. Pierwszy napotkany drogowskaz kieruje nas w lewo, do Muzeum Przyrodniczego Karkonoskiego Parku Narodowego. Magda wyraża chęć zwiedzenia go, ale tym razem jestem stanowczy. Chcę iść dalej, do przodu, by jak najszybciej dotrzeć do celu. Na muzea przyjdzie czas potem, gdy zmęczeni będziemy wracali do domu.

Diabeł czy wiewiórka?
A zatem maszerujemy dalej. Po niecałych dwóch minutach znienacka pojawia się budka ze znajomym i jakże znienawidzonym przeze mnie znaczkiem „KPN – KASA”.
Przez głowę przebiega mi nieco szalona myśl. A gdyby spróbować ją dyskretnie ominąć?
Kasjerka jest jednak szybsza. Zauważa nasze skradanie się i błyskawicznie wysuwa głowę z okienka. Nie wygląda na zadowoloną.
– Halo, halo – krzyczy w naszym kierunku, wykrzywiając wrogo usta. – A bilety gdzie są? – jej głos jest stanowczy i przypomina nieco ton sprzedawczyń z pustych sklepów mięsnych w minionych czasach. Kto jest młodszy i tych czasów nie pamięta, niech koniecznie obejrzy stare seriale albo kroniki filmowe.
Chwila dyskusji i wszystko staje się jasne. Będąc mieszkańcami Jeleniej Góry, nie musimy płacić za wstęp na teren parku narodowego. Zawiedziona kasjerka wraca do budki, obrzucając nas spojrzeniem przypominającym tym razem Strażnika Teksasu (a właściwie Chojnika). Możemy iść dalej.
Za znakami czerwonymi podążamy po drodze pokrytej balami drzew, które uniemożliwiają zsuwanie się gruntu. Brniemy do przodu przez liście, pod którymi niebezpiecznie kryją się kamienie. Nie przejmując się oznaczeniami czasowymi na tabliczkach informacyjnych, idziemy wolnym krokiem, uwieczniając się na zdjęciach. Penetrujemy mijane skałki, zaglądamy w zagłębienia i szukamy skarbów. W końcu trzeba sobie urozmaicić wycieczkę. Po 10 minutach dochodzimy do rozdroża, na którym bez żalu żegnamy się z czarnym szlakiem. Czerwona farba prowadzi nas w prawo, przez malownicze leśne drogi. Nie są może one zbyt szerokie, ale widać, że ktoś o nie dba. Mijamy różne tablice, znaki i informacje na temat otaczającej nas przyrody.
Wkraczamy w wąwozy Piekielnej Doliny, gdzie wieczorami słychać jeszcze piekielne jęki rannych Tatarów. Ich ciała zrzucano tu podobno z południowej ściany urwiska w przepaść po nieudanym oblężeniu zamku w 1241 roku. Co ciekawe, do dziś można w niej spotkać wypasające się kozy. 20 minut marszu i naszym oczom ukazuje się kolejne rozdroże. Czerwone znaki nęcą, by iść dalej za nimi, ale Magda dostrzega na drzewie również zieloną farbę.
– To co, może zielonym? – rzuca w moim kierunku.
Sprawdzam mapę i bezapelacyjnie przyznaję jej rację. Zielony szlak, wiodący przez głazowiska, wydaje się być zdecydowanie bardziej ciekawy. A zatem decyzja podjęta.
We dwoje idziemy wśród skał. Las staje się coraz rzadszy, a zza niego powoli  wyłania się ostro zarysowana w świetle porannego słońca bryła zamku. Takiego widoku nie da się zapomnieć. Wyciągam aparat, żeby zrobić zdjęcie, gdy nagle słyszę krzyk Magdy.
– Aaaaaaaa – moja żona z przerażeniem wskazuje coś na drzewie.
Siedzące do tej pory na pozbawionych liści koronach drzew ptaki umknęły spłoszone hałasem. Dostrzegam coś czarnego i małego, dość szybko i sprytnie przemieszczającego się między gałęziami. Od razu przypominają mi się bajki o diable tasmańskim, które oglądałem w dzieciństwie. Wiedziony ciekawością podchodzę bliżej. Diabeł okazuje się jednak być... małą wiewiórką o czarno ubarwionym futerku.
– Nie wszystkie wiewiórki są rude – tłumaczę żonie i wspólnie śmiejemy się z niepotrzebnej paniki.
Nasza dwuletnia córka byłaby z pewnością zachwycona. Zwierzątko zupełnie się nas nie boi. Czarne oczy wyraźnie proszą o orzeszka. Niestety, żadnych wiewiórczych łakoci nie wzięliśmy ze sobą z domu.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też