Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Gerlach

Panowie, jest dobrze

NPM 9/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Szymon Matuszyński
(fot. Mikołaj Gospodarek)
Miałem przyjemność i niewątpliwy zaszczyt przejść niemal wszystkie trasy, którymi prowadzą znakowane szlaki w polskich Tatrach. Przyszedł jednak w końcu ten moment, kiedy chce się spróbować czegoś więcej. Czegoś, przynajmniej z pozoru, nie dla wszystkich dostępnego, bo przecież nie każdy może złożyć wizytę tatrzańskiemu królowi.

Miłość do Tatr pielęgnowałem od najmłodszych lat. Ogromną rolę w nawiązaniu tej niezwykłej i niesłabnącej do dziś relacji odegrał mój ojciec, który 35 lat temu zabrał mnie po raz pierwszy do Zakopanego. Jeździliśmy wtedy niemal co roku, PKS-em rzecz jasna, stając po drodze w Krakowie i kupując „odważanki”, jak podobno nazywałem kultowy krakowski przysmak.
Przez te wszystkie lata schodziłem Tatry wzdłuż i wszerz, choć dziś staram się trafiać tam głównie poza sezonem. Składa się na to wiele czynników – liczba ludzi na szlakach, ale też moje zamiłowanie do jesieni i zimy, które w Tatrach bywają piękne, ale i niezwykle wymagające.
Zanim jednak znów rozkoszować się będę przejmującym zimnem, urywającym głowę wiatrem i opadami śniegu, czas spróbować czegoś nowego, czegoś, co we wspomnieniach pozostanie chyba na zawsze.

W Tatry z przewodnikiem
Pierwszy raz z tym, że Tatry można zdobywać w inny niż wytyczonymi szlakami sposób, zetknąłem się oczywiście za młodu, kiedy to wieczorami niemal na pamięć studiowałem tatrzańską biblię autorstwa Józefa Nyki. W 1994 roku na rynek trafiło drugie wydanie, łączące w sobie Tatry polskie i słowackie (egzemplarz posiadam do dziś, podobnie jak większość wydań tego genialnego przewodnika), i to właśnie w nim czytałem opisy wejść na Gerlach czy Wysoką, które dostępne były dla turystów, aczkolwiek jedynie w asyście doświadczonych przewodników.
Już wtedy wiedziałem, że kiedyś spróbuję to zrobić i ja. Moment nadszedł właśnie teraz. Pozostawała decyzja, który będzie to szczyt. Gdybym miał ją podjąć sam, chyba zdecydowałbym się na Wysoką lub Lodowy, który nadal jest moim niezrealizowanym marzeniem. Ale że plan dotyczył nie tylko mnie, ale też mojego przyjaciela Jurka i naszego kolegi Michała, zdecydowaliśmy ostatecznie, że czas na zdobycie najwyższego w całych Tatrach Gerlacha (2655 m n.p.m.).

Kondycja, zdrowy rozsądek, doświadczenie
„Wspinaczka na króla tatrzańskiego (jak kiedyś nazwał Gierlach Mieczysław Karłowicz) – jest piękna i bardzo pouczająca, ale niełatwa i wielce skomplikowana orientacyjnie. Wyłącznie dla wytrawnych turystów i przy pewnej pogodzie – taką zapowiedź zawarł w przewodniku Józef Nyka. Jednoznacznie wskazuje ona na to, że wspinaczka na Gerlach to nie przelewki, a sama trasa zdecydowanie nie jest dla każdego.
My jednak aż tak dużych obaw nie mamy, swego czasu właśnie z Jurkiem przeszliśmy całą Orlą Perć i Czerwone Wierchy w jeden dzień (w czasach, gdy szlak z Koziego na Zawrat nie był jeszcze jednokierunkowy). Raczej bez większych problemów powinniśmy dać też radę kondycyjnie, choć nie oszukujmy się, nie mamy już po dwadzieścia lat.
Co wiemy jednak ponad wszelką wątpliwość, to to, że sama wybrana przez nas trasa – na szczyt przez tzw. Wielicką Próbę – to sporo trudnego technicznie wspinania, duży wysiłek fizyczny, ale też kapitalne widoki, niezwykły klimat i oczywiście satysfakcja ze zdobycia najwyższego w całych Tatrach szczytu.
Na wyprawę zapraszamy (a raczej prosimy o pomoc) jednego z przewodników, który jest również ratownikiem TOPR – znanego czytelnikom „n.p.m.” Edwarda „Ediego” Lichotę, który kilka stron dalej wchodzi z redakcją na szczyt Wysokiej. Czujemy się więc bezpiecznie, przede wszystkim pod kątem orientacji w terenie, która w tamtym rejonie i na tej trasie jest nie lada wyzwaniem (byłaby przede wszystkim dla nas, dla naszego przewodnika z pewnością nie, bo chodzi tamtędy dość regularnie).

Z romantycznej doliny w ciemną skałę
Plan jest prosty – możliwie najszybciej dostać się do Tatrzańskiej Polanki, na co zakładamy jakieś 80 minut jazdy samochodem. Nocujemy w Zakopanem, zrywamy się o czwartej z łóżek, żeby około szóstej zameldować się już na Słowacji. Ponadprzeciętne kontakty naszego przewodnika sprawiają, że do górskiego schroniska – Śląskiego Domu – dostajemy się transportem kołowym, co pozwala na zaoszczędzenie czasu i zachowanie sił, których sporo będziemy dziś potrzebować. Dzięki temu jeszcze przed godziną siódmą, po przepakowaniu rzeczy, ruszamy zielonym szlakiem wokół Wielickiego Stawu (Velickiego Plesa).
Nasz kochany przewodnik dosłownie po kilku minutach zaznacza, że znając nasze doświadczenie i widząc nie najgorszą fizyczną kondycję, nie zamierza specjalne marudzić z tempem. Słowa te znajdują potwierdzenie bardzo szybko – odcinek do wylotu Wielickiego Żlebu pokonujemy błyskawicznie. – Widać tak trzeba – mówię do chłopaków, pocieszając trochę samego siebie. – Pewnie to swego rodzaju rozgrzewka – dodaję już mniej pewnie po chwili. – Tak, oczywiście, potem będzie już tylko gorzej – śmieją się moi kompani.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Słowacja

Zobacz też