Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Korona ziemi: Elbrus

Podwójne szczęście

NPM 10/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Monika Witkowska
()
Różnie można go zdobywać. Byli tacy, którzy wjeżdżali na niego konno, na quadach, motocyklu, a nawet land roverem... Większość z nas na niego jednak wchodzi, jak się uda – ciesząc się ze zdobycia góry należącej do Korony Ziemi.

Jeśli spytać Polaków, jaka jest najwyższa góra Europy, większość będzie się wahać, czy wymienić Elbrus, czy Mont Blanc. Pomińmy jednak naukowe spory specjalistów od geografii – dla zdobywających Koronę Ziemi wspinaczy z innych stron świata wątpliwości nie ma: w Koronie Ziemi obowiązkowy jest Elbrus!

Najpierw manty
Pierwszy raz byłam na Elbrusie kilkanaście lat temu, w ramach wyprawy z kolegami GOPR–owcami. Szczyt zdobyliśmy zresztą w pamiętny dla mnie sposób, bo przypłaciłam to spaloną, naprawdę koszmarnie wyglądającą twarzą (wychodziliśmy w nocy, więc zapomniałam posmarować się kremem z filtrem). Teraz postanowiłam na tę najwyższą na Kaukazie górę powrócić. Zwłaszcza, że była ku temu dobra okazja.
– Może pojedziesz z naszą grupą? – zapytała agencja Mountain Freaks, która od kilku lat działa w Gruzji. –Jasne! – nawet się nie wahałam.
Pod Elbrus dojeżdżamy z Gruzji, gdzie w ramach zdobywania aklimatyzacji byliśmy na Kazbeku (niższy od Elbursa o dobre 600 metrów, ale uważany za trudniejszy). Już sam przejazd stanowi atrakcję – najpierw ze względu na widoki, potem osobliwą odprawę graniczną, nie mówiąc o emocjach jazdy z szalonym gruzińskim kierowcą, który chyba źle by się czuł, gdyby nie wyprzedzał na trzeciego i nie jeździł co chwila pod prąd.
Kiedy po sześciu godzinach podróży z gruzińskiej Stepancmindy docieramy do odległego o niecałe 300 kilometrów Azau, narciarskiego kurortu u stóp Elbrusa, jest już ciemno. Mieścina to dwie ulice na krzyż, bazarek, na którym można kupić pamiątki, i kilka knajpek. Lądujemy w jednej z nich na piwie o niebudzącej zaskoczenia nazwie „Elbrus” i mantach – typowych kaukaskich pierogach. Kobieta, która podaje nam dania, sądząc po zakrytej głowie, jest muzułmanką. Jakby nie było, jesteśmy na terenie wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej autonomicznej republiki zwanej Kabardo–Bałkarią. Większość jej mieszkańców stanowią Kabardyjczycy (około 43%) oraz Rosjanie (33%). Bałkarzy to zdecydowana mniejszość, około 8%, co wynika z tego, że w 1944 roku wielu z nich niesłusznie oskarżono o kolaborowanie z Niemcami i zesłano na Syberię. Potem wprawdzie zarzuty odwołano, ale co z tego, skoro nie wszyscy wrócili.
W każdym razie i oni, i Kabardyjczycy, wyznają islam, mówią swoim językiem (zupełnie innym niż rosyjski) i chętnie deklarują, że nie lubią Putina. Zresztą Putin za nimi również nie przepada…

Góra wielu imion
Następnego dnia rano wyruszamy już do góry. Dokładniej – uznając, że mamy po Kazbeku wstępną aklimatyzację, odpuszczamy mało ciekawy odcinek podejścia po drodze, po której od czasu do czasu jeżdżą potężne gruzawiki (ciężarówki) i dokąd się da, czyli aż na 3750 metrów wjeżdżamy gondolkami. Postawiono je stosunkowo niedawno (ostatni odcinek pojawił się zaledwie cztery lata temu), głównie z myślą o ściągających tu zimą miłośnikach jednej lub dwóch desek. Ale latem też chętnych do wjazdu na górę nie brakuje i nie tylko wspinaczy mam na myśli. Wśród osób pragnących zobaczyć Elbrus z okolic najwyższej stacji i w upalny dzień zrobić sobie zdjęcia na śniegu, są zarówno Rosjanie (w tym Rosjanki występujące w sesji foto na lodowcu w kostiumach kąpielowych), jak i sporo turystów z krajów arabskich.
Powiem szczerze – Elbrus nie należy do najładniejszych gór, jakie znam. Kojarzy mi się trochę z hałdą, a trochę z biustonoszem – to przez te dwa kopulaste szczyty. Kopuły oddzielone znajdującą się na wysokości 5400 metrów przełęczą dzieli dystans około trzech kilometrów i zaledwie 21-metrowa różnica wysokości. Wyższy, zachodni wierzchołek ma 5642 metry „wzrostu”, niższy, wschodni – 5621 metrów. W rzeczywistości są to dwa stożki drzemiącego wciąż wulkanu. Ostatnia jego potwierdzona aktywność miała miejsce w I wieku naszej ery, ale ponoć czasem można poczuć, choćby w okolicach Skał Pastuchowa, charakterystyczny zapach „zgniłych jaj”, świadczący o wydobywającym się siarkowodorze.
Ciekawe, że aż tak wiele jest teorii tłumaczących nazwę tej najwyższej w Rosji góry. Niektórzy twierdzą, że słowo Elbrus miałoby w odniesieniu do języka perskiego oznaczać albo „Błyszczącą”, albo „Dwugłową Górę”, co w nawiązaniu do jej wyglądu jak najbardziej pasuje. Z kolei dla Turkmenów jest to „Szczyt, gdzie kręci wiatr”. Natomiast lokalne narodowości wcale nazwy „Elbrus” nie używają. Na przykład dla Bałkarów jest to „Mingi-Tau” – „Wieczna Góra”, ewentualnie „Dżin-Padiszach” – „Car górskich duchów”, zaś dla Kabardyńców „Oszho-Maho” – „Góra Szczęścia”. Swoją wersję mają też Czerkiesi, mówiący o Elbrusie „Asz-Gamaho” – „Święta Wysokość”, podczas gdy Gruzinów wolą swoje „Jał-Buz”, czyli „Grzywa Śniegu”.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też