Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Pireneje

Przestrzeń i chmury

NPM 11/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Łukasz Supergan
Wieczór spędzony pod Coll de Mulleres podarował nam niezwykły zachód słońca nad Pirenejami (fot. Łukasz Supergan)
Wyobraź sobie Tatry. Zachodnie – zielone i ciche, i Wysokie – wznoszące się pod niebo. A teraz rozciągnij je dwadzieścia razy. Przenieś 1000 metrów w górę. Zabierz większość schronisk i niemal wszystkie szlaki. Takie są Pireneje. Na koniec wytycz śmiałą ścieżkę wzdłuż potężnej grani. To właśnie HRP – Szlak Wysokogórski Pirenejów, być może najtrudniejsza długodystansowa wędrówka na Starym Kontynencie i jedna z najpiękniejszych.

W1968 roku francuski profesor biologii Georges Véron wyruszył na wędrówkę przez Pireneje. Kierując się tylko mapami, przeszedł cały ten łańcuch górski, od Atlantyku po Morze Śródziemne. Szedł istniejącymi już szlakami, ale często zbaczał na bezdroża i pasterskie ścieżki, by trzymać się jak najbliżej głównej grani gór. Po kilku tygodniach marszu zakończył drogę przez to, co nazwał Haute Randonnée Pyrénéenne – Szlak Wysokogórski Pirenejów, w skrócie HRP. Kolejne lata przyniosły jego naśladowców. HRP doczekał się przewodników, wiele odcinków szlaku otrzymało swoje warianty, aż w końcu stał się klasyką, najtrudniejszą z istniejących wędrówek przez te góry.
Przez łańcuch Pirenejów prowadziły już wcześniej szlaki długodystansowe. Dwa z nich łączyły końce tych gór. Francuski GR10 i hiszpański GR11 spinają wybrzeża Zatoki Biskajskiej i wybrzeże śródziemnomorskie. Każdy z nich prowadzi jednak po swojej stronie granicy. A HRP nie jest kolejnym szlakiem. Choć na wielu odcinkach oznakowany, co jakiś czas zapuszcza się na bezdroża, stając się wąską ścieżką lub zupełnie znikając. Nie trzyma się jednej strony gór, ale swobodnie przeskakuje między krajami, odwiedzając Francję, Hiszpanię i Andorę. W pewnym sensie HRP jest bardziej konceptem niż szlakiem jako takim – mnogość wariantów sprawia, że każdy może wybrać swoją drogę. Utrzymuje się blisko najwyższych partii Pirenejów, z rzadka schodząc do miejscowości, jest więc trudny, wymaga dużej samodzielności i doświadczenia. W zamian oferuje jednak 800 kilometrów marszu w fantastycznej, wysokogórskiej scenerii.
Pomysł, by go przejść, przyszedł mi do głowy wiosną. Postanowiłem nie czekać. Impulsywnie podjąłem decyzję: teraz. Na początku wakacji byłem gotów.

Bez oczekiwań
Przewodniki dzielą grań Pirenejów na 40--45 jednodniowych etapów. W tym czasie pokonuje się sumę przewyższeń wynoszącą 42 kilometry podejść w trudnym terenie, co tłumaczy wolne tempo. Zamierzając przejść Pireneje, szykowałem się więc na sześć tygodni marszu. Życie weryfikuje jednak nasze ambicje. Kilka dni przed wyjazdem kłopoty rodzinne zatrzymały mnie w kraju, co sprawiło, że w górach zjawiłem się dziewięć dni później, niż planowałem. Mój plan runął. Przejście trudnego szlaku w nieznanych górach nie mogło się udać w tempie o jedną czwartą szybszym. Miałem do wyboru – poddać się i odłożyć wędrówkę na następny rok lub ruszyć w góry mimo wszystko. Wybrałem to drugie.
Opóźnienie, z jakim zacząłem, sprowadziło na mnie dziwny stan ducha. Uwolniłem się kompletnie od oczekiwań i marzenia o sukcesie, jakim miało być dotarcie do Morza Śródziemnego. Zamiast tego skupiłem się na przeżywaniu przygody tu i teraz. Wynik przestał mnie obchodzić. Nie interesowało mnie, jak daleko zajdę. Liczył się tylko aktualny dzień, droga przed moimi oczami i chęć, by czerpać z tej wędrówki jak najwięcej wrażeń. 9 lipca po południu stanąłem nad brzegiem Atlantyku we francuskim Hendaye. Zanurzyłem dłonie w słonej wodzie, po czym odwróciłem się i zacząłem powolny marsz na południowy wschód, ku pierwszym wzgórzom Pirenejów.

Pierwsze kroki
Początkowe dni pokazują mi, jak różnorodne będą to góry i zapowiadają, że nawet prosty fragment szlaku trzeba okupić wysiłkiem.
Z wybrzeża ścieżka prowadzi między zielone wzgórza. Tu nic nie wskazuje na to, że jestem u stóp jednych z najwyższych gór Europy. Mijam wsie i pojedyncze domy, rozrzucone w falistym krajobrazie. Pierwsze podejście pod 900-metrowy szczyt Larun weryfikuje jednak siły: dzień wita mnie 35-stopniowym upałem, na podejściu nie ma wody, a plecak z zapasem jedzenia na siedem dni przygniata do ziemi. Wspinam się na grzbiet, wznoszący się kilkaset metrów nade mną, najpierw wśród drzew, ale potem wyschniętym, trawiastym zboczem. Gdy tam docieram, szlak natychmiast schodzi stromo w dół, tracąc całą zdobytą wysokość. Znaki znikają, efemeryczna ścieżka prowadzi wśród cierniowych krzewów, niedających osłony pod słońca. Grzbiet obniża się, rozdziela i plącze, aż nagle zauważam, że idę w złym kierunku. Zawracam, by na rozstaju dróg spotkać samotną Francuzkę, Julie.
– Chyba mamy ten sam problem – stwierdza.
– No tak – i wspólnie zaczynamy szukać zejścia.
Czuję ból od samego patrzenia na jej nogi w krótkich spodniach, gdy przedzieramy się przez kolczaste zarośla. Niżej, już pod osłoną drzew, padamy nieprzytomni z gorąca. Od razu na początku HRP pokazuje trudności, jakie nas czekają: upał, brak znaków, poszukiwanie drogi. Skoro już pierwszy dzień kończymy wypruci z sił, jak przetrwamy kolejne kilkadziesiąt?

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Pireneje
Francja, Hiszpania

Zobacz też