Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Rudawy Janowickie

Raj nie tylko dla łojantów

NPM 11/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Grzegorz Grupiński
Na Starościńskich Skałach wieczorne światło podkreśla jesienne barwy rudawskich lasów (fot. Grzegorz Grupiński)
Szykuje się idealnie słoneczny dzień. Jeden z tych, w które stwierdzasz, że listopad to najpiękniejsza pora na góry. – Nie byliście nigdy na zamku Bolczów? Na Starościńskich Skałach też nie? To nie ma co się zastanawiać, jedziemy – decyduje kolega, wybierając cel naszego wypadu w dwie rodziny.

Gdy spojrzymy na mapę północnej części Rudaw, zauważymy, że jest ona dosłownie usiana symbolami oznaczającymi skały. Skalne ostańce to nie tylko popularne wśród turystów i wspinaczy Góry Sokole z Wielkim Sokolikiem i Krzyżną Górą. Wędrując szlakami i nieznakowanymi ścieżkami, napotkamy dziesiątki kamiennych baszt i setki mniejszych skałek. To raj dla łojantów, zdobywających iglice, takie jak Fajka, a także uprawiających bouldering, czyli wspinaczkę na małe formy skalne. Dodatkowymi atrakcjami dla wnikliwego wędrowca mogą być zagubione w lesie czy dawno nieużywane kamieniołomy. Znalezienie różnych obiektów, mieszczących się w głębi lasu, może być sportem samym w sobie. Wiele skał jest otoczonych gęsto rosnącymi drzewami. Wczesna wiosna lub późna jesień, gdy buki są pozbawione liści, to idealne pory do podziwiania skalnych form.
Dziś, w ten rześki listopadowy dzień, nie będziemy eksplorować mniej znanych skalnych grup czy zapomnianych kamieniołomów. Z czworgiem niesfornych dzieci zamierzamy odbyć niespieszną, kilkugodzinną wycieczkę, prowadzącą przez najbardziej oczywiste atrakcje okolicy. Bolczów i Starościńskie to niezbyt oryginalne cele, ale cóż z tego, skoro będziemy je odkrywać dla siebie po raz pierwszy?

Co szeleści na zamku
Na podobny do naszego pomysł wpadło sporo osób, więc niełatwo znaleźć miejsce do parkowania na końcu ulicy Zamkowej w Janowicach Wielkich. Odtąd zielono znakowana ścieżka zaczyna się wspinać, łagodnie tnąc poziomice. Spuszczona ze smyczy dzieciarnia nieświadomie zdobywa wysokość. Po nieuniknionym, dłuższym postoju przy szemrzącym strumieniu zajmują się szuraniem nogami w głębokich pokładach bukowych liści. Nie tylko oni…
– Czuję się, jakbym znów miał siedem lat – stwierdzam, bo mnie również udziela się nastrój beztroskiej zabawy w szeleszczących hałdach.
Dziecięca ekipa znajduje coraz bardziej twórcze zastosowania liściastej masy – tarzanie się w niej należy do najbardziej sztampowych. Poczynają sobie coraz śmielej… Tymczasem po niecałej godzince podejścia spośród łysawych koron buków wyłaniają się zarysy zamczyska.
Położone na wysokości 561 m n.p.m., dobrze zachowane ruiny należą do najbardziej malowniczych w polskich górach. Zamek został zbudowany w XIV wieku prawdopodobnie przez niejakiego Clericusa Bolza, stąd oryginalne niemieckie nazwy Bolzenschloss i Bolzenstein. Jak wiele twierdz w Sudetach budowla mocno ucierpiała podczas wojen husyckich. Bolz oficjalnie poparł ruch husycki, a jego skalne gniazdo stało się bazą rabusiów napadających na kupców. Przeszkadzało to w interesach wrocławianom i świdniczanom, więc mieszczanie zamek zdobyli i zniszczyli. Odbudowany i znacznie rozbudowany w czasach renesansu został ponownie zniszczony, a dokładnie – spalony przez Szwedów pod koniec wojny trzydziestoletniej. Od tego czasu Bolczów był pusty, stopniowo stając się znaną atrakcją turystyczną. W 1824 roku pojawił się tu król pruski Fryderyk Wilhelm III, co z pewnością przyczyniło się do wzrostu popularności wśród coraz liczniejszych turystów. Była tu nawet gospoda, która po II wojnie światowej krótko działała jako schronisko.
To, co dla nas jest pomnikiem historii, z perspektywy naszych pociech pewnie przypomina połączenie naturalnego placu zabaw z salą gimnastyczną dla jaskiniowców. Towarzystwo rozbiega się po wszystkich dostępnych i niedostępnych korytarzach i zakamarkach, wchodzi na strome schodki, wspina się na głazy i mury. Robią to tak szybko, że mam wrażenie, że mamy ich ze sobą dziesięcioro, a nie czworo. Chociaż zamek jest zagospodarowany i zabezpieczony jako trwała ruina, nie brakuje tu miejsc, gdzie niewyrośnięty osobnik może sobie skręcić kark, więc czujnie rozglądam się dokoła.
Jednocześnie zaczynam dostrzegać wyjątkowość tego miejsca. Mury i resztki baszt, wkomponowane w naturalne formy skalne, tworzą jedną, harmonijną całość, ożywioną jesiennymi barwami traw i pnączy. I do tego wszędzie te hałdy suchych liści. Latorośle tarzają się w nich i rzucają się nimi na przemian.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też