Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Niski

Sztuki graniczne

NPM 11/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
Mglisto i płasko przed Pańskim Wierchem (fot. Michał Parwa)
Pozbawiony granic czas konserwuje to, co pozostało. Uwypukla stare przejścia, nieistniejące wsie gdzieś na peryferiach górskich dolin wśród miniaturowych końców świata. Dziwnym trafem najwięcej takich miejsc znajdziemy w Beskidzie, który zasłużył na bardziej wzniosłą nazwę.

Listopad powinien się nazywać melancholia. Zima powoli wychodzi z zakamarków, a słońce na kilka dni chowa się za chmurami. Jeśli nie pada, to wszechobecna mgła oplata każdą możliwą lukę w przestrzeni. Lubię sobie w tej zadumie otworzyć książkę Andrzeja Stasiuka i przeczytać o tym, że „(…) Beskid Niski, najskromniejsze, najniższe pasmo w całym głównym grzbiecie Karpat, to kraina duchów, królestwo minionego i kosmopolityczna republika cmentarzy”. Przewracając kartki dalej, dowiaduję się od autora, że jego „(…) przejście graniczne na Słowację obumarło. Śnieg zawiewa przełęcz. Opustoszałe budynki toną w zaspach (…). Na myśl przychodzi jakiś karpacki nawiedzony zamek ze słowiańskim Draculą błąkającym się w lodowatych komnatach (…). Tak więc moja Konieczna jest prawie martwa”. Po tych słowach bez wahania pakujemy się z kolegą do samochodu, by na własne oczy ujrzeć opisany bardak.

Gdzie ci celnicy?
Kiedy mijamy Gorlice, nic nie wskazuje na to, by w okolicy rozgrywały się jakieś apokaliptyczne sceny. Najpierw Sękowa z kościołem pw. św. św. Apostołów Filipa i Jakuba – przecudnej urody zabytek wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Potem Małastów z malowniczymi serpentynami i stacją narciarską. Czas zatrzymuje się dopiero za Zdynią, gdzie co roku odbywa się Łemkowska Watra, czyli impreza kulturalna gromadząca społeczność łemkowską z całego świata.
Na długiej prostej do Koniecznej nie ma już żadnego samochodu. Przy szosie widać cerkiew pod wezwaniem św. Bazylego Wielkiego i cmentarz wojenny nr 47 z I wojny światowej zaprojektowany przez słowackiego architekta Dušana Jurkoviča. Zza zakrętu wyłaniają się przymglona Jaworzyna (881 m n.p.m.), krągły Suchý vrch (742 m n.p.m.) i zwieńczona przekaźnikiem Stebnícka Magura (900 m n.p.m.). Cała reszta to zmaterializowane słowa Stasiuka. Wyjątkowy skansen osobliwości tworzą wygięte latarnie, kępki krzaków toczone wiatrem oraz opustoszałe budynki pograniczników. Od 2007 roku, kiedy oba państwa dołączyły do strefy Schengen, nikt w okienku nie sprawdza paszportów. Przez to Słowacja pojawia się jakoś tak nagle, bez ostrzeżenia. O Polsce przypomina znak drogowy z zakrętami i tabliczką „koniec”. Nie wiadomo tylko, czy chodzi o kres kraju, świata czy wirażu.
Parkując wzdłuż drogi, dostrzegamy pasące się konie i rozleniwione krasule. Ani śladu człowieka. Za trawami roztacza się uniwersalna karpacka sceneria rodem z Rumunii czy Ukrainy. Tylko wiatr zdaje się podbiegunowy, przenikliwie lodowaty. Zmusza nas do włożenia na siebie wszystkiego, co mamy w plecakach. Byle dotrzeć do lasu, zanim zwieje nas w pola.

Teatr na szlaku
Trasa wyznaczona przez znaki czerwone wije się przez pobliską przełęcz Dujawa (słow. Priesmyk Dujava, 547 m n.p.m.). Niską jak na górskie siodło, przez co wykorzystywaną już przez Austriaków, którzy pod koniec XVIII wieku poprowadzili tędy bity trakt ciągnący do Bardejowa (słow. Bardejov). Po jego śladach przebiega współczesna przeprawa graniczna na wysokości 556 m n.p.m., nieco dalej na zachód od najniższego punktu przełęczy. Na początku XX stulecia zrodził się plan budowy tutaj linii kolejowej, ale jak widzimy na żywo, dotąd nie wypalił. Do tematu wrócił za to Stasiuk, osadzając na przesmyku miejsce akcji swojej sztuki „Czekając na Turka”. Pytał, czy powstanie tu „magistrala łącząca dwa światy, zlewisko rzek Morza Bałtyckiego i zlewisko Morza Czarnego, karpacka brama, sześciopasmówka Dujawa (…)”.
– Grali to u nas w Krakowie w Narodowym Starym Teatrze, z Janem Peszkiem w obsadzie – podpowiada mój kompan.
Dramat, a może groteska? Niezależnie od tego, jak nazwiemy to dzieło, tymi samymi słowami można opisać nasze poszukiwania znakowanej ścieżki. Co z tego, że obok stoją słynne słowackie daszki rdzewiejące na deszczu? Nabite pod nimi tabliczki szlakowe każą iść na wschód, przez krzaki, wyschnięte pnącza, tuż za niemymi pomieszczeniami straży granicznej. Aż pod słupek graniczny I/212, pozwalający nam odnaleźć się na mapie.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

 


Zobacz podobne artykuły

Beskid Niski
Polska

Zobacz też