Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Korona Ziemi: Mont Blanc

Walka o przetrwanie

NPM 7/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Rafał Adamczak
(fot. Mikołaj Gospodarek)
Im wyżej, tym mocniej wieje wiatr, potęgując uczucie chłodu, tnąc każdy odkryty skrawek twarzy śniegiem jak papierem ściernym. Odwracamy głowy od wiatru i myśląc tylko o kolejnych kilku krokach, pniemy się w górę. To podejście zdaje się nie mieć końca, wokół tylko lodowiec, śnieg, przestrzenie, doliny, szczyty. Biel i coraz bardziej porywisty wiatr. Ale wreszcie widzimy, że wyżej już się wejść nie da.

Pobudka o godzinie 3.20, prysznic, herbata do termosu, plecak na ramiona (to waży!) i przed czwartą wsiadam do taksówki, która zawozi mnie na Dworzec Centralny w Warszawie. Tam już czeka w busie Marcin, kierowca i nasz przewodnik w jednej osobie. Jestem pierwszy, ale już po chwili docierają Paweł i Aga, wkrótce odrobinę spóźniony Robert i ruszamy w drogę. Nie znaliśmy się wcześniej, więc próbujemy w trasie nadrobić. Przed Wrocławiem zgarniamy jeszcze Kasię i Kubę, parę przyjaciół. Przez 13 godzin jazdy powoli się poznajemy i otwieramy. Nikt nie jest szczególnie spięty, ale i nie nazbyt egzaltowany. Marcin cierpliwie odpowiada na różne pytania dotyczące miejsca, wspinaczki, zasad, swojego doświadczenia itd.

To jest TO miejsce
Cieszę się, że po tylu latach marzeń nastąpił ten dzień. Siedzę w samochodzie jadącym do Chamonix, do TEGO Chamonix! Po drodze zastanawiam się, dlaczego w ogóle chodzimy w góry? Dlaczego chcemy wejść na Dach Europy, z pozoru łatwą, ale w rzeczywistości bardzo trudną i śmiertelnie niebezpieczną górę? Mam nadzieję, że znajdę odpowiedź w najbliższych dniach. Bo mimo różnych osobistych przyczyn, z których się wszyscy znaleźliśmy w tym samym aucie, każde z nas się przekona, że po zdobyciu Mont Blanc nastąpi całkowita rewizja poglądów, wzmocnienie respektu dla gór, dotarcie na nowo do podstawowych wartości i potrzeb.
Chwilę po godzinie 20 docieramy na kemping „Bellevue” w Les Houches (1008 m n.p.m.), nazywany „u Babci”, która od lat wita tu serdecznie alpinistów z całego świata. Szybkie rozbijanie namiotów i ruszamy w miasto, a że jest ono niewielkie, po stu metrach lądujemy w małej, przytulnej knajpce, gdzie mamy okazję porozmawiać o tym, co robimy, dlaczego się tu znaleźliśmy, o psach, kotach, dzieciach i butach górskich. O wszystkim i o niczym, coraz szybciej budując niespodziewane więzi. Po kolacji wracamy słabo oświetloną drogą do namiotów. Marcin organizuje jeszcze krótką odprawę i umawiamy się na pobudkę około 6.
Przed pójściem spać wpatrujemy się długo w gwiazdy na bezchmurnym niebie, ośnieżone granie Alp daleko pod nieboskłonem. Widać też światła schronisk Refuge du Goûter i Aiguille du Goûter. Zakopujemy się w śpiwory i powoli odpływamy. Tej nocy śni mi się dom – jasne, rozświetlone słońcem wnętrza, śmiech dzieci, zieleń ogrodu za oknem.

Zostali tu na zawsze
Rankiem budzi nas chłód wdzierający się do namiotów. Może nie jest szczególnie zimno, ale wilgoć odczuwalnie obniża temperaturę i wygania nas ze śpiworów. Idę do toalety, a tuż przed schodkami za stróżówką odwracam się i w pierwszych promieniach słońca widzę gigantyczny, ośnieżony masyw gór, wznoszący się nad doliną, w której leżą Les Houches, Chamonix i inne miejscowości. Aż trudno uwierzyć, że jestem w tak legendarnym miejscu, również w historii polskiego alpinizmu, bo z tego obozowiska wyruszało przez dziesięciolecia wiele wypraw. Widząc wznoszące się wokół ośnieżone szczyty, zaczynam wątpić, czy na te czterotysięczniki da się w ogóle wejść. Co więcej, czy da się wrócić, bo przecież nie wszystkim było to dane.
To miejsce to nie tylko historia sukcesów wspinaczkowych, to również długa historia tragedii, rozpaczy rodzin po śmierci synów i braci, chłopaków i mężów, żon i dziewczyn, córek i sióstr. Na przykład osiem lat temu na tych zboczach zginął Wojtek Kozub, uważany dekadę temu za jedną z największych nadziei polskiego himalaizmu obok Piotrka Morawskiego. A zimą tego roku podczas zejścia poleciał w przepaść młody pasjonat gór Krystian Madeja, którego kojarzą zapewne stali bywalcy górskich festiwali. W rodzinnym Walimiu w Górach Sowich na pogrzebie żegnały go tysiące ludzi. Te dwie śmierci są dowodem na to, że w górach mogą stracić życie zarówno bardzo doświadczeni wspinacze, jak i początkujący miłośnicy gór.

Wracamy do siebie
Z zakupionych dzień wcześniej produktów robimy szybkie, ale pożywne śniadanie i zabieramy się za przepakowanie plecaków. Wyrzucamy zbędne, zdaniem Marcina, rzeczy (niestety, niewiele tego), ale dokładamy jedzenie na najbliższe pięć, sześć dni. Liofilizaty, zupki, kabanosy, słodycze, herbatniki, wszystko, co ma kalorie i jest jakoś przyswajalne na dużych wysokościach. Około 8.30 jesteśmy gotowi do drogi, namioty są wysuszone, złożone i zapakowane do busa, a my idziemy w stronę kolejki. Z Robertem wypijamy jeszcze po drodze kawę. Jeżeli miałbym nie wrócić, będę miał przynajmniej poczucie, że wypiłem moje ostatnie, całkiem przyzwoite, francuskie espresso.
Z kempingu do dolnej stacji kolejki jest około trzystu metrów. Cała grupa zbiera się przy wejściu do wagonika, który wwozi nas na około 1800 metrów. Dolina szybko się oddala. Odległe zbocza i przełęcze są soczysto zielone, a wznoszące się nad nimi skaliste szczyty spowijają delikatne poranne chmury. Wokół tylko góry, wszystkie znaczenie powyżej nas. Na razie.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też