>>
Rusinowa Polana w Tatrach
Przeczytałem nie bez wzruszenia tekst Łukasza Kaźmierczaka o Rusinowej Polanie (12/2009). W odległych latach spędzałem tam błogie chwile, kontemplując tamtejszą, niepowtarzalną panoramę Tatr. Wiodłem też niezwykłe w treści rozmowy z wówczas posługującym „na Rusince” ojcem Teofilem, dominikaninem, a nade wszystko z ojcami marianami, którzy dopiero mościli się w Rzepiskach. Dowodził nimi i nami – młodzieżą nieoficjalnie garnącą się pod skrzydła niezwykłych pedagogów zakonnych – ojciec prowincjał Leon Szeląg, a z nim ówcześni klerycy, między innymi: Józef Pietuszko, Eugeniusz Delikat, Adam Boniecki czy ksiądz Olgierd Nassalski.
Wędrowaliśmy po Podhalu, przecieraliśmy tatrzańskie szlaki, zdobywaliśmy barwy odznak turystycznych, zawsze odwiedzając Łaskawą Gaździnę Tatr, Matkę Boską Tatr Królową na Rusinowej Polanie. Bywaliśmy u ojca Teofila gośćmi serdecznie podejmowanymi (ser topiony ze szwajcarskich dostaw, herbata nigdzie potem już tak nie smakowała), ale bazowaliśmy w kolibie naszego gazdy. Był nim Wojtek Szyszka-Golias z Rzepisk.
(…) Wspominam Pana Wojciecha Szyszkę-Goliasa, którego goliłem z niemałym trudem, gdy chory polegiwał, nie skarżąc się zbytnio. Miał przecież nieopodal swego kochanego Jegomościa księdza Leona, którego nieraz swym zachowaniem zmuszał do łagodnego upominania. Wystarczało wszak, że spojrzał swymi niebieskimi oczyma na Jegomościa i na kolanach przyrzekał, „że się przeca poprawi z Matki Bozy pomocom”. Pomagał, jak każdy z poszczególnych Potoków Rzepisk, przy budowaniu kościółka, caluśkiego drewnianego. Ukrywał nas w szopach na siano „na Rusince”, kiedy szukano dowodów na prowadzenie przez marianów nielegalnej pracy formacyjnej wśród młodzieży. Wojciech Szyszka-Golias zmarł w roku bodaj 1962. My zapamiętamy Go jako Wojciecha Syskę, zawołania Golias, co od królów miał przyzwolenie „na Rusinkę”. Nie ma pewnie tablicy, ale jeszcze ma nas – pamiętających i wspominających. To prawda, tutaj coraz nas mniej. Toteż jeśli trafi do druku ten wspominkowy drobiazg, to zadzwoni daleko, bo taka teraz technika, że za ocean przerzuca wieści bez trudu.
I dopiero potem dane nam było zauważać „Babkę” – Panią Anielę Kobylarczyk. Tylko ona potrafiła budzić, o dobrym już poranku, niczym w przepięknej operze (wszak niepowtarzalna sceneria do tego ją skłaniała) – arią na jednej, wysokiej, sopranowej nucie: „Panie słońce! Panie pogoda!”.
Dzięki tekstowi Łukasza Kaźmierczaka pomodlimy się za tę parę stróżów Gęsiej Szyi, choceśmy wszyscy cepry, ale nas Matuchna pamięta, a tych dwoje – dawno mając przy sobie – przytuli ekstra.
Krzysztof Panasik
Olsztyn