sierpień

newsletter

»
 

reportaż >> Małopolska

Dzieje w drewnie zaklęte

Michał Parwa

Odkąd pamiętam, przestrzeń pomiędzy Podhalem a Beskidem Niskim ociekała legendami i mistycyzmem. Górski mikrokosmos pośród wieloetnicznych enklaw, których dzieje wpływały na losy narodów. Ten kalejdoskop kultur od wieków obserwują ci sami, drewniani kronikarze. Prawdziwi strażnicy małopolskiej historii.

fot. Michał Parwa


Zbliża się godzina dziewiętnasta. Jezioro Czorsztyńskie swoim zwyczajem zaczyna przyciągać tatrzańskie chmury. W Dębnie Podhalańskim słychać już tylko psy i skrzypiące rowery. Wokół świątyni pod wezwaniem św. Michała Archanioła krążą kolorowe chusty, chroniące przed wiatrem, słońcem i wszystkim tym, co może nadejść z nieba. Ksiądz proboszcz Józef Milan wita przybyłe na nabożeństwo dusze znamiennym „szczęść Boże”. Już kilka metrów od wejścia daje się wyczuć woń kadzidła. Przez kilka wieków zdążyła przesiąknąć deski na wskroś. Najstarsi parafianie zajmują swoje stałe miejsca w ławkach. Przez kilka sekund spoglądają na ołtarz i przesłaniającą wszystko polichromię. Dzisiaj nie ma już ani królów, ani też zbójników, którzy po objawieniu archanioła wznieśli ten kościół. Jest za to hołd oddany wszystkim siłom wyższym i ludzkim, które sprawiły, że konstrukcja wytrwała do naszych czasów. Hołd ten zaczyna się cicho i równo, od kilku głosów, którym po chwili bez cienia zawahania zaczynają towarzyszyć kolejne.

Jutro sobota, więc cześć na swój sposób będą oddawać wszyscy ci, dla których ta świątynia do niedawna była tylko punktem na mapie. Dowiedzieli się o niej z przewodników i publikacji UNESCO. Piątkowe śpiewy ustąpią miejsca historycznym faktom, oznakom podziwu i pamiątkowym zdjęciom. Wszystko po to, aby namacalnie spotkać się z historią. Doświadczyć jej zmysłami. Tak samo jak przed laty robili to chłopi, rycerze i władcy. Na równi z nimi uklęknąć przed gotyckim portalem i pokłonić się Najwyższemu.

Tłumy przyciągają tu nie tylko oryginalna kubatura, działająca na wyobraźnię polichromia czy gotycki ołtarz główny.
- Czy budowano z drewna, bo nie umiano inaczej, czy też umiano aż tak wiele? - wszyscy spoglądający na te cuda zadają sobie to samo pytanie. 
 
Cerkwie pojednania

Sto kilometrów dalej na wschód zaczyna się już inna historia. Pomiędzy beskidzkimi lasami skrywa się niewielka Bielanka. Typowa wieś w Beskidzie Niskim. Jedna droga, jeden kościół i wszystko to w jednej dolinie. A wrażenie zawsze to samo. Jakby tu była brama do innej rzeczywistości. Przy wjeździe wita mnie dwujęzyczna, polsko-łemkowska tablica. Po asfalcie wolno posuwa się mały quadzik domowej roboty i czarna yamaha virago księdza Piotra Kaczmara. Parkujemy pod cerkwią pod wezwaniem Opieki Bogurodzicy, która drewnianą, trójdzielną budową sugeruje łemkowskie pochodzenie.

- U nas było mniej animozji międzyludzkich, może dlatego mamy w parafii szesnaście rodzin łemkowskich - chętnie opowiada ksiądz.

Ponad półwieku po tych wydarzeniach świątynia zapisuje nowa kartę historii, tym razem tę pojednawczą. Cerkiew naprzemiennie służy trzem podzielonym wyznaniom. Na nabożeństwa przychodzą tu wierni obrządku łacińskiego, prawosławni i grekokatolicy.

 - Wymieniamy się godzinami mszy świętych, to przecież żywa świątynia - uśmiecha się duchowny.

Patrząc na czterorzędowy ikonostas, szukam w wyobraźni dróg, które przywiodły tu niegdyś południowych Słowian, Rusinów i Albańczyków. Przynajmniej tutaj potomkowie tych, którzy jako pierwsi udomowili te góry, mogą czuwać nad własnym dziedzictwem.

(…)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

Wyślij artykuł znajomemu »