czerwiec

newsletter

»
 

reportaż >> Finlandia

Nie wysokość zdobi górę

Anna i Wiktor Jesionkowie

Nie wysokość zdobi górę
Wąwóz Isokuru. Tutaj w tafli wody przeglądają się góry uformowane dwa miliardy lat temu fot. Anna i Wiktor Jesionkowie

– Nie ma u nas czegoś takiego, jak po prostu „góra” – usłyszeliśmy w odpowiedzi na pytanie, jak brzmi po fińsku to słowo. Bo góra musi być jakaś. Może być stroma lub łagodna. Może być cała pokryta lasem albo naga, skalista. Góra to vuori, tunturi, vaara… W samym sercu Laponii, w Parku Narodowym Pyhä-Luosto, postanowiliśmy na własnych nogach sprawdzić znaczenie tych tajemniczo brzmiących pojęć.

Między dwoma niewielkimi miasteczkami, Pyhä i Luosto, rozciąga się dwunastoszczytowe pasmo gór sprzed dwóch miliardów lat, ciągnące się przez prawie 40 kilometrów. Przychodzimy tu pod koniec czerwca, po miesiącu pieszej wędrówki, którą rozpoczęliśmy z najbardziej wysuniętego na północ miejsca w Europie – przylądka Nordkinn.
W rzadko zaludnionej, bagnistej i porośniętej tajgą Laponii gór jest niewiele. Wysokich, strzelistych, o stromych stokach nie ma nigdzie w całym kraju. Chyba nie bez żalu Finowie przyznają, że vuori mają Norwegowie, mają Szwedzi, tylko nie oni.
Grudki szczęścia
W Luosto niewiele się dzieje o tej porze roku. Poza sezonem narciarskim jest tu dość spokojnie. Tym bardziej przy dżdżystej pogodzie, takiej jak dziś. Dla nas to nawet lepiej. Przed hotelem przechadzają się jedynie miejscowe… renifery. Oswojone, udomowione i obłaskawione to paradują, to wylegują się na trawniku, spoglądając leniwie raz w lewo, raz w prawo. Być podziwianym przez turystów, nie uciekać od obiektywu – to ich chleb powszedni.
Odwiedzamy hotel, w którym mieści się informacja turystyczna. Oprócz typowo fińskich pamiątek, czyli Muminków pod każdą postacią, są tu też klasyczne lapońskie suweniry: oprawione w rogi reniferów breloczki, otwieracze do piwa i oczywiście słynne krótkie noże puukko, znane w Polsce jako finki. My zaopatrujemy się tylko w bezpłatną mapę, zadziwiająco dokładną jak na jej cenę: z poziomicami, cieniowaniem, skalą… Z tym wszystkim, czego nam potrzeba do zaplanowania naszej marszruty: z przebiegiem szlaków, położeniem chatek päivätupa, schronów laavu i altan kota.
Do lokalnej atrakcji turystycznej, czyli jedynej w Europie kopalni ametystów Lampivaara, wiedzie szeroka droga. Po godzinie marszu docieramy do bramy kopalni, naprzeciw której znajduje się kawiarnia, przypominająca salę górskiego schroniska. Kupujemy tam bilety i cierpliwie czekamy na wejście. O wyznaczonej godzinie okazuje się, że całą niefińskojęzyczną grupę stanowią tylko trzy osoby.
Zamiast pod ziemię, jesteśmy prowadzeni po schodach, w górę gołoborza, do niewielkiej drewnianej altany. Tu, popijając sok z czerwonych borówek, słuchamy wykładu o minerałach, opowieści o ametystowych recepturach średniowiecznej mniszki Hildegardy z Bingen, czyniących skórę twarzy „delikatną i pięknie zabarwioną”, oraz bajania o magicznych właściwościach „kamieni szamana”, czyli niezwykle rzadkich i cennych trójbarwnych ametystach. Nasza przewodniczka skutecznie rozpala w nas żądzę bogactwa: „Jeśli dopisze wam szczęście, może i wy znajdziecie kamień szamana!”.
Oczami wyobraźni widzimy siebie przemierzających mroczne tunele i odnajdujących magiczny kryształ. Pobudzeni opowieścią kierujemy się do kopalni. Otwierając drzwi, przewodniczka uświadamia nam, że to kopalnia odkrywkowa i pod ziemię nie zejdziemy. Przechodzimy więc do właściwej „kopalni”, czyli wygrodzonego niczym plac zabaw kawałka stoku, gdzie dostajemy młoteczek i plastikowe sitko z poleceniem, by przez pół godziny rozgarniać błoto i kamienie w poszukiwaniu ametystów. A że znaleźć je łatwo, bo leżą często na samej powierzchni (jakby porozrzucane szczodrą ręką), to nie panuje tutaj zasada: co wykopiesz, to twoje. Spośród znalezionych minerałów można zatrzymać tylko jeden, „szczęśliwy”, nie większy niż zaciśnięta garść, oczywiście.


(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

Wyślij artykuł znajomemu »