Majówka samotnika
Grzegorz Grupiński
|
|
Dziumbir (2043 m n.p.m.). Pół Słowacji u stóp
|
FOT.Grzegorz Grupiński
|
Im bliżej długiego weekendu, tym bardziej kurczyła się umówiona ekipa. Rozpaczliwe próby znalezienia towarzystwa przez internet nie dały rezultatu. W końcu w górach wylądowałem sam. I dobrze – za mój upór Niżne Tatry odwdzięczyły mi się sowicie.
Kiedy stalowa gąsienica wypluła mnie na peronie w Popradzie, pomyślałem, że to wariactwo: taki kawał jechać na tak krótko.
– Na zaledwie trzy dni! – powtarzałem sobie. Z mojego miasta znacznie bliżej jest do Kopenhagi niż pod Tatry. Nic dziwnego, że bilet zakupiony w Poznaniu budził zdziwienie konduktorów. Ileż kilometrów, przesiadek, samemu?
A przecież Poprad to nie koniec. Kiedy fala rodaków, korzystających z długiego weekendu, rusza do szturmu na podtatrzańskie uzdrowiska i baseny, ja z ulgą pakuję się do pustego autobusu, podążającego w przeciwną stronę.
Słowacjo, ojczyzno moja
Wieś Telgart na południowo-wschodnim skraju Niżnych Tatr. Chłód poranka. Po busie został ledwo wyczuwalny zapach spalin. Celebruję początek moich krótkich wakacji. Siadam na krawężniku przed „potravinami” ze świeżą bułką, kawałkiem sera i kartonikiem soku. Gdzieś obok pyrkocze traktor, babcia w chustce kupuje chleb, zieleń gór kontrastuje z błękitem nieba. Słowacjo, ojczyzno moja… Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto męczył się kilkanaście godzin w podróży.
Przede mną szlak na Kral’ovą hol’ę (1946 m n.p.m.) – najwyższy szczyt wschodniej części Niżnych Tatr. Ja i mój ser znajdujemy się na 880 metrach i cieszymy się, że przed nami takie syte podejście.
Tu właśnie zaczyna się liczący grubo ponad 100 kilometrów główny grzbiet Niżnych Tatr – najwyższych, poza „właściwymi” Tatrami, gór Słowacji. Niesłusznie z nimi łączone, a czasami mylone z Tatrami Zachodnimi, stanowią odrębny górski świat – rozległy i zaskakujący. Są tu długie połogie grzbiety (o tej porze roku okraszone jeszcze płatami śniegu), urwiste wapienne turnie, łany kosówki i górskie hale. I, co najważniejsze, główną granią można wędrować bez tłumów turystów dobre kilka dni, parę razy tylko schodząc poniżej granicy lasu. A gdy jeszcze dopisze pogoda, czeka nas fantastyczny widok na Tatry Wysokie i Zachodnie.
Głęboko wcięta przełęcz Čertovica (1238 m n.p.m.) dzieli Niżne Tatry na dwie mniej więcej równe części. Królem zachodniej jest Dziumbir (Ďumbier, 2043 m n.p.m.), obok niego położony jest dobrze znany narciarzom Chopok (2024 m n.p.m.), zaś we wschodniej części panuje wspomniana Kral’ova hol’a.
Mozolnie, ale przyjemnie. Korzystam z przywileju samotnika i idę swoim tempem. Zabudowania Telgartu dawno już za mną. Podchodzę gęstym lasem, który się przerzedza i wreszcie rozmienia na coraz drobniejsze wysepki, otoczone bezmiarem zrudziałej trawy i otwartej przestrzeni. Kiedy widzę już budynek stacji przekaźnikowej na Kral’ovej hol’i, pojawia się pierwszy człowiek. Końcówką drogi prowadzącej ze wsi Šumiac wspina się mała sylwetka na rowerze. Też samotnik.
Majowe słońce zaczyna ostro przygrzewać. Tuż obok cicho szemrze strumyk, obramowany soplami lodu na trawie, a od odgarniętego z drogi śniegu bije chłodem. Surrealistyczny widok: płaska, rudotrawiasta góra, stacja z monstrualną anteną, słońce i majowe niebo. A do tego te śnieżne okopy i… wyłaniający się zza nich biały łańcuch Tatr.
Chwilę tylko poświęcam na zwiedzenie przedsionka budynku stacji. Podobno jest on zawsze otwarty i w razie czego może służyć za miejsce awaryjnego noclegu kilku osób. Mnie jednak nie w głowie sen, w końcu jest dziesiąta rano. Znajduję w miarę zaciszny kącik między niskimi skałkami – wieje bowiem solidnie – i sięgam po wiktuały.
Długi marsz
Oczy sycą się niezrównanym widokiem na łańcuch Tatr. Od najdalszych wierchów Tatr Zachodnich po Łomnicę i Kieżmarski Szczyt ośnieżone góry zajmują solidny kawał horyzontu. Wyglądają jak potężna flotylla białych statków, zawieszona w bezmiarze przestrzeni nad szaroniebieską kotliną Liptowa.
To fajna chwila. Wszystko przede mną. Nie wiem, dokąd dzisiaj dojdę i gdzie będę nocować. Nie wiem, dokąd dojdę za dwa dni i do jakiej doliny zejdę. Wiem tylko, że o ile pogoda dopisze, trzy dni będę wędrował podniebnym grzbietem, a tatrzańska gromada będzie cały czas na widoku.
Zostawiam Kral’ovą hol’ę za plecami. Grań prowadzi mnie w dół przez pomniejsze wierzchołki. Na Andrejcovej (1519 m n.p.m.) doganiam kolorową grupę dziewczyn, prowadzonych przez księdza w cywilu. Zabawna ekipa lekko z kosmosu. Jedyna mapa, jaką dysponują, to samochodowa mapa Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej z lat 80. w skali 1:200 000. Na jej podstawie przywódca opracował wielodniową marszrutę, okrutnie zweryfikowaną już pierwszego dnia, gdy do wieczora udało się przejść bodajże jedną trzecią zakładanego dystansu. Na szczęście dotarli do stacji na Kral’ovej hol’i. Spali we wspomnianym przedsionku. W nocy było poniżej zera. Mimo doznanych niepowodzeń nie tracą animuszu i wytrwale prą na zachód.
Tymczasem pokusa dla mnie. Na przełęczy pod Andrejcovą utulňa, czyli chatka – jedno z kilku bezobsługowych schronisk, dostępnych w Niżnych Tatrach. Sympatyczna łączka, niedaleko źródło, ponad zieloną kosówką białe Tatry. Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce na nocleg.
Dopiero minęło południe. Szkoda tak pięknie rozpoczętego dnia. Długo ślęczę nad mapą, rozważając różne warianty rozwoju sytuacji. Z braku towarzystwa sam jestem kilkorgiem głośnych dyskutantów, aż w końcu jeden z nich twardo postanawia:
– Idziemy na Ramžę!
Nie ma innego wyjścia. Trzeba się podporządkować. Hasło „Ramža” oznacza długi marsz niemal do zmroku, do upadłego. Co tam – w najgorszym razie rozłoży się karimatę w kosówce i się zaśnie pod chmurką.
Kolejne godziny są jak trans. Pogoda trzyma się jak szalona, widoki na kawał Słowacji. Wzniesienia i przełęcze przesuwają się pod stopami, ludzi można policzyć na palcach obu rąk. Wejścia, zejścia. I wiatrołomy. Pozostałe po sławnej „kalamicie” z 2004 roku, gdy wicher powalił tysiące hektarów lasu. Służby leśne i parkowe uprzątają jej skutki, ale nie wszędzie się udało. Na przykład na zejściu z Vel’kej Vápenicy (1691 m n.p.m.), gdzie tracę dobre pół godziny na poszukiwanie właściwego kierunku i przełęczy wśród wykrotów powalonych drzew.
Późnym popołudniem cienie na zboczach kładą się coraz dłuższe, a kolejne podejścia wyciskają ze mnie resztki sił. Widoki na Tatry cieszą jakby mniej, łany krokusów pod Oravcovą nie zasługują nawet na fotostop. Czas nagli. Wizja drewnianej chatki motywuje. Mózg przechodzi w tryb stand-by, włącza się automatyczny pilot regulujący pracę mięśni nóg. Szaro, coraz bardziej. Jakaś przełęcz w lesie pokryta wiatrołomami. Spotykam poznańsko-warszawską dwójkę. Zastanawiamy się, czy to już tu, czy jeszcze dalej. Idziemy dalej. Może tu? Ciemnawo… Drogowskaz, drzewa, krzaki, jakiś trójkątny kształt – dachu?
Ramža! Ukryty w lesie samoobsługowy schron dla kilkunastu osób. Są prycze, jest piec. Nie trzeba w nim rozpalać! Chatkę opanowała sympatyczna ekipa polskich studentów. Z ulgą kładę się na wolnej pryczy. Ledwo znajduję siły na przebranie się i na powolne przeżuwanie jedzenia z przysuniętego blisko plecaka.
Od Telgartu przebyłem odcinek przewidziany „po bożemu” na dwa dni marszu. Równiutkie 40 kilometrów, 2000 metrów podejść. Słucham trzasków ognia, patrzę na uśmiechnięte twarze rozmówców, zamykam oczy, odpływam.
Pod Dziumbirem
Ranek jest rześki. Wylegamy na słoneczną część polany. Wietrzenie śpiworów, śniadanie na karimacie, niespieszne rozmowy. W przyrodzie buzuje energia – ptaki śpiewają aż w głowie huczy, do wygódki żal wchodzić, bo pod jej drzwiami zakwitły krokusy.
Po wczorajszej wyrypie stwierdzam, że dziś nie stać mnie na wiele. Moje nogi gwałtownie protestują, kiedy wprawiam je w ruch. Bez pośpiechu docieram do przełęczy Čertovica. Oszołomiony widokiem samochodów (Jak to jest? Nie widziałem ich półtora dnia, a patrzę na nie jak na największe dziwadło) spożywam „cywilizowany” posiłek w barze.
Strome podejście z Čertovicy rozpoczyna drugi etap wyrypy – już w „dziumbirskiej” części Niżnych Tatr. Bliskość łatwo dostępnej przełęczy robi swoje. Spotykanych ludzi można rachować na dziesiątki, nie jednostki. W miarę zdobywania wysokości zmienia się też sceneria. Miejscami przedzieram się przez mokry śnieg, pojawiają się większe łany kosówki. Wreszcie ostatnie tego dnia przełamanie terenu. Teraz czeka mnie zejście łagodnym grzbietem Kralički. W dole, pod ośnieżonym Dziumbirem, widzę schronisko. To chata imienia generała Štefanika, położona na wysokości 1727 metrów n.p.m. na przełęczy w głównym grzbiecie. Wizja jedzenia, odpoczynku i snu w przytulnym schronisku dodaje sił zmaltretowanym nogom.
Leczy się też dusza. Uwielbiam takie wieczory. Chatka blisko nieba, w niej garstka niekoniecznie znanych sobie ludzi, połączonych jednak wspólną pasją. Nie żal godzin urwanych nocy, spędzonych na długich rozmowach w jadalni. Także po to tu przyjechałem.
Znów sam na sam
Trzeciego dnia Niżne Tatry nie przestają mnie rozpieszczać. Totalna „lampa” za oknem. Jem pospiesznie śniadanie, worek na plecy i po kilkudziesięciu minutach wycisku stoję na przełęczy między Dziumbirem a Štiavnicą (2025 m n.p.m.). Schronisko zostało głęboko w dole – wygląda jak domek dla liliputów. Znów jestem sam na sam z moimi górami.
Majowe słońce przygrzewa ostro i odbija się od śnieżnych pól. Razi. Przez zmrużone oczy widzę, jak za wierzchołek Štiavnicy umyka kozica, a więc jednak nie jestem tu zupełnie sam.
Choć łańcuch Tatr Zachodnich i Wysokich jest po drugiej stronie Kotliny Liptowskiej, zrobiło się bardzo tatrzańsko. Ponad przełęczą wznosi się skalista grań Dziumbira, miejscami ozdobiona całkiem sporymi śnieżnymi nawisami. Najwyższy szczyt Niżnych Tatr prezentuje się stąd bez porównania lepiej niż znad Chaty imieniem generała Štefanika. Północna ściana Dziumbira to chyba najwybitniejsza skalna formacja tych gór. Na Dziumbirze stoi podwójny krzyż, taki jak w godle Słowacji. Zastanawiam się, czy to bardziej nawiązanie do symboliki religijnej, czy raczej do znaku tego młodego państwa. To drugie wydaje się jak bardziej na miejscu.
Pół Słowacji u stóp – od samotnego Wielkiego Chocza po wschodnią część Tatr Wysokich, a na południu ciemne masywy Rudaw Słowackich, za którymi domyślam się Niziny Węgierskiej. Teraz każdy krok przybliża mnie już do powrotu do domu. Kolejna przełęcz i przechodzę na północną stronę głównego grzbietu. Szybkie zejście „na krechę” głębokim śniegiem, na wypadek, gdyby zachciało mu się ruszyć w dolinę razem ze mną.
Nagle zaroiło się od ludzi. Nie, zaraz. To zwierzaki! Stado niemal dwudziestu kozic korzysta z uroków wiosny i urządza sobie piknik pod Dziumbirem, nic sobie nie robiąc z obecności ludzkiego intruza. Wygląda na to, że młodsza część ekipy po prostu bawi się w „dupozjazdy”. Na straży tego towarzystwa (a może wcale nie tego, tylko „swojego”, ukrytego przed moim okiem) stoi uważny świstak. Dopiero, gdy zanadto się do niego zbliżę, po serii dzikich gwizdów, znika w niewidzialnej norze.
Kozice zostają, ja nieuchronnie podążam w dół. Coraz mniej śniegu, coraz więcej zieleni i wody w strumieniach. Wiosna idzie! Do góry mozolnie podchodzi zasapana para. Nie zazdroszczę im podejścia, ale zazdroszczę tego, co jeszcze przed nimi, a już za mną.
Czego zazdroszczę? Słońca, gór, przestrzeni. Za tym tęsknię już w chwilę po zejściu ze szlaku – w Lučkach w Dolinie Demianowskiej. Zostało trochę czasu do autobusu. Spędzam go przy dobrym jedzeniu. W nogach czuję przebyte kilometry, w głowie mnóstwo obrazów i jak zwykle po takich wyjazdach wrażenie, jakbym tu spędził nie trzy dni a tydzień. Bądź błogosławiony o internecie, że nie dane mi było znaleźć kompana na tę wyrypę. Czasami najlepiej jest być sam na sam z górami.