Pod czujnym okiem Mao Zedonga
Aleksandra Kurcman, Grzegorz Wilczyński
|
|
Obwieszony flagami modlitewnymi tybetański czorten. W tle zachmurzone szczyty Meili
|
FOT. Aleksandra Kurcman, Grzegorz Wilczyński
|
W ubiegłym roku w Lhasie doszło do poważnych antychińskich wystąpień. W rezultacie chiński rząd zakazał ruchu turystycznego w obrębie Tybetu i na sąsiadujących z nim terenach. Mimo to udało nam się zobaczyć Tybetańczyków, doświadczyć ich kultury i stylu życia, choć 80 kilometrów dalej, w prowincji Yunnan
Podczas kilkumiesięcznej podróży z północy na południe Chin na kilka dni zatrzymuje nas otoczony pięcio- i sześciotysięcznikami Zhongdian (3270 m n.p.m.), sprzedawany turystom przez chiński rząd pod nazwą Shangri-La. Znane z powieści Hiltona „Zaginiony horyzont”, legendarne miejsce miało być królestwem oświeconych, żyjących nadzwyczajnie długo w pokoju i pomyślności. Ukrytą w górach krainę na próżno próbowano odnaleźć aż do 1997 roku. Wtedy na mocy rozkazu chińskich władz pewne niewielkie, nieznane miasteczko na skraju Himalajów nazwano na cześć literackiej utopii. Shangri-La stało się rzeczywistością. Cóż, góry piękne, ale to nie eden ani kraina wiecznej młodości. Na ulicach spotykamy licznych tybetańskich staruszków, zgiętych wpół od ciężkiej pracy. Po kilkudniowej eksploracji zostawiamy rzeczy w przechowalni hostelu Barley, a sami udajemy się na północno-zachodni skraj prowincji do Deqin. Stąd możemy dostać się na początek górskiego szlaku, do świątyni Feilai Si.
Myślenie zostaw przewodnikowi
Niedaleko dworca autobusowego w Dequin natrafiamy na dość porządnie wyglądającą jadłodajnię. Zamawiamy nasze ulubione wegetariańskie mapo dofu (bardzo popularne, pikantne danie na bazie chilli i tofu), które szybko ląduje na stole. Jesteśmy jedynymi klientami jadłodajni do chwili, gdy przy sąsiednim stoliku siada dwóch miejscowych.
– Wybieracie się w góry? – pyta jeden z nich.
Gdy potwierdzamy, podchodzi, podając wizytówkę. Mieszka w wiosce Ninong, znajdującej się na trasie naszego szlaku. Zaprasza do siebie, mówiąc, że jeżeli rozpoczniemy wędrówkę tam, skąd wyrusza większość turystów, będziemy musieli kupić bilety wstępu. Jeśli jednak udamy się z nim do jego wioski i tam wejdziemy na szlak, unikniemy opłaty. Pytamy o koszt transportu do wioski i noclegu u niego. Jest w porządku. Naradzamy się nad mapą i po chwili decydujemy się ruszyć z naszym nowym przewodnikiem.
– Nieważne, że zaoszczędzimy na biletach – mówimy sobie. – Pozwólmy komuś innemu planować i myśleć za nas. Dla odmiany.
(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”