Do szkoły jeździliśmy na sankach
Z A. Wojciechem Stachoniem, gospodarzem schroniska PTTK „Stare Wierchy” rozmawia Jakub Terakowski
|
|
|
fot. archiwum A. Wojciecha Stachonia
|
Czy to prawda, że legendarna Wikta Bigoska była Twoją babką?
– Tak, Wikta Bigoska i Maria Krzeptowska to znane w przedwojennych Tatrach siostry, prowadzące dwa schroniska – Wikta pod Wodogrzmotami Mickiewicza, a Maria w Dolinie Pięciu Stawów. Wikta przeniosła się na Głodówkę, gdy lawina zabrała jej schronisko, natomiast rodzina Krzeptowskich nadal siedzi w Piątce. Drewno ze zniszczonego schroniska pod Wodogrzmotami zostało przewiezione na Głodówkę i wykorzystane do budowy nowego domu. Weranda zatem jest tam na swój sposób starsza niż cała reszta budynku, więc ma dla mnie szczególną wartość emocjonalną.
A czy ten dom na Głodówce został zaprojektowany już jako zwykły budynek mieszkalny?
– Nie, babka postawiła go z myślą o dalszym prowadzeniu schroniska, burząc podczas budowy wszelkie kanony obowiązujące na Podhalu. Na przykład wejście jest od szczytu, zamiast spod strzechy, a weranda znajduje się w obrysie domu. Wikta otrzymała licencję na wyszynk i noclegi od Sekcji Narciarskiej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego.
A co dzieje się tam teraz?
– Do dnia, gdy przeniosłem się na Stare Wierchy, mieszkaliśmy na Głodówce z siostrą. Teraz Kaśka została tam z mamą. Ten dom zawsze – niezależnie od wiatru historii – był i jest prowadzony jak schronisko. Drzwi zamyka się tam dopiero wtedy, gdy gospodarze idą spać, a każdy, kto przyjdzie nocą, zostanie przygarnięty.
Urodziłeś się na Głodówce?
– Tak, przyszedłem na świat dokładnie w tym miejscu, w którym teraz stoi kuchenny piec.
Masz zatem swój kawałek ziemi w Tatrach?
– Teoretycznie mam. Startując do przetargu na prowadzenie schroniska w Roztoce, cieszyłem się, że historia zatacza koło. To, że ujek (wymowa oryginalna) Jędrek z Marychną i Martą prowadzą Piątkę jest logicznie uzasadnione, bo do ciotki Maryny należała dokładnie taka sama część Tatr jak do mojej babki, czyli jedna szesnasta Doliny Rybiego Potoku, Doliny Roztoki, Pięciu Stawów i Polany pod Wołoszynem. Przejęcie schroniska w Roztoce miałoby zatem dla mnie symboliczny charakter powrotu na swoje. Niestety, ten przetarg przegrałem.
Ale jakaś część z tej jednej szesnastej nadal należy do Ciebie?
– To czysto akademickie dywagacje. Zgodnie z polskim prawem utworzenie parku narodowego powoduje wywłaszczenie właścicieli gruntów, znajdujących się na chronionym obszarze, chociaż wcale tak być nie musi, o czym świadczą państwa bardziej cywilizowane. To pouczająca historia: Tatry Zachodnie pozostały w rękach prywatnych, bo powojenny rząd komunistyczny uznał Powstanie Chochołowskie za ruch ludowy i w nagrodę nie odebrał ziemi potomkom powstańców.
A Tatry Wysokie?
– Zostały przez komunę ukarane za to, że we wszystkich schroniskach przez całą wojnę „siedziała” Armia Krajowa. Moja babka wróciła z więzienia przy Montelupich w roku 1947, ujek Franek był kurierem, a nasz dom na Głodówce pełnił funkcję punktu przerzutowego. Po Powstaniu Warszawskim ukrywał się u nas Stanisław Miedza-Tomaszewski, a w ścianach przechowywane były konspiracyjne dokumenty AK. Ale akurat o tym nie wiedział chyba nikt z domowników. Pamiętam, jak wiele już lat temu przyjechało do nas dwóch starszych panów z Francji. Zarezerwowali sobie pokój numer 4 i nie chcieli żadnego innego, chociaż proponowaliśmy im większe i wygodniejsze. Przyjechali, weszli, zamknęli drzwi, a rano zapytali, ile kosztuje wymiana okna…
Zdemontowali Wam okno?
– Całe razem z framugą, bo za tak zwaną opaską zostawili ukryte, wojskowe dokumenty, które schowali, czekając na przejście przez zieloną granicę. Wtedy stwierdzili, że w razie wpadki ich posiadanie byłoby zbyt ryzykowne, a wiele lat później wrócili po nie, gdyż okazały się potrzebne do przyznania wojskowej emerytury.
(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”