czerwiec

newsletter

»
 

archiwum >> 2010 >> październik




archiwum >> 2010 >> październik >>

Tatry od środka

 Tatry od środka

Geologia to nauka czytania wielkiej księgi, jaką jest Ziemia. Z jej pomocą możemy odszyfrować dzieje naszej planety miliardy lat wstecz – zobaczyć oczyma wyobraźni to, co spowodowało, że dzisiaj możemy się wspinać na niesamowite szczyty i przełęcze.
Do tej pory przeciętny turysta, by dowiedzieć się czegoś na temat geologii naszych najwyższych gór, zmuszony był poszukiwać antykwarycznych pozycji bądź też zabierać się do literatury fachowej, która nie zawsze pisana jest przystępnym językiem. Ten smutny trend przełamuje na szczęście przewodnik Aleksandry Gawędy „Po graniach Tatr”, który pozwala w interesujący sposób zapoznać się z wnętrzem tych gór. I to nie tylko naszych – polskich, ale również słowackich. Autorka proponuje czytelnikom siedem zbójnickich wycieczek po Tatrach, w czasie których przedstawia najciekawsze procesy i zjawiska geologiczne możliwe do zaobserwowania przez turystów, jednocześnie dbając o to, by nie zanudzić czytelnika zbytnim pedantyzmem opisów. Dużą wartość przedstawiają także umieszczone w przewodniku liczne zdjęcia i grafiki, pozwalające wyobrazić sobie często skomplikowane i długotrwałe procesy geologiczne, których świadectwem są właśnie wierchy Tatr. Jednym słowem, jest to doskonała propozycja dla każdego turysty, który chciałby zyskać nowe spojrzenie na nasze „alpejskie” góry.

Sebastian Fijak


Aleksandra Gawęda, Po graniach Tatr. Przewodnik geologiczny dla turystów,
Wyd. dobrewydawnictwo.pl, Katowice 2010



KONKURS

Dla czytelników „n.p.m.” Magazynu Turystyki Górskiej mamy 2 egzemplarze przewodnika „Po graniach Tatr”, ufundowane przez dobrewydawnictwo.pl.
Aby je otrzymać, należy odpowiedzieć na poniższe pytanie:

Jak niekiedy nazywano granitoidy tatrzańskie w starszych publikacjach geologicznych?

Odpowiedzi należy przysłać e-mailem na adres redakcja@npm.pl do 4 października 2010 r., w tytule e-maila wpisując „Po graniach Tatr – konkurs”. Rozwiązanie konkursu i listę nagrodzonych opublikujemy w listopadowym numerze „n.p.m.”.

-----------------

Czas Wandy


Bywają książki, które proszą się wręcz o wznowienie ze względu na wielką popularność, jaką cieszą się całymi latami. Białym krukiem jest „Groza wokół K2” Anki Czerwińskiej, do niedawna był nim też „Mój pionowy świat” Jurka Kukuczki, do którego dołącza właśnie inny wydobyty ponownie przez wydawcę na światło dzienne klasyk – „Na jednej linie” Wandy Rutkiewicz.
Na czym zasadza się owa wyjątkowość? Na kojarzonym powszechnie nazwisku autora czy czymś więcej? Tu przemawia autentyczność opowieści, możliwość wniknięcia w świat gór i ludzi gór, widziany oczyma Wandy, o czym zapewnia jej przyjaciółka i współautorka – Ewa Matuszewska. Nie ma już Wandy, nie ma tamtego świata, a mimo wszystko możemy zrekonstruować przeszłość obejmującą przedział czasowy i mentalny od pierwszych wspinaczek po zdobycie Everestu w 1978 roku. Wanda opowiada, a my słuchamy i… zaczynamy rozumieć.
Początki jej wspinaczkowych losów są „klasyczne” dla pokolenia, z którego się wywodzi. A więc, po pierwsze, skałki, po drugie, odkrycie, że „skądkolwiek wieje wiatr, zawsze ma zapach Tatr”, po trzecie, Alpy – wszystkie traktowane jako sposób bycia z ludźmi. Własną miarą oblicza skalę podejmowanych przedsięwzięć: wschodni, 1600-metrowy filar Trollryggenu kobieco po raz pierwszy – to już coś; przeszło 7-tysieczny Pik Lenina – nic nadzwyczajnego, skoro na szczycie, na który można „wejść z rękoma w kieszeniach”, było przed nią prawie 1000 osób. Nowicjuszka, skupiona na wspinaczce i niewinna w gąszczu doświadczonych wyprawowo kolegów: „Cechowała mnie prostota wyobrażeń o świecie i ludziach, nie zdawałam sobie sprawy z bardziej delikatnych powiązań między nimi, różnych przyczyn, zachowań i motorów działania”, z wyjazdu na wyjazd przechodzi metamorfozę samoświadomości górskiej i nie tylko. Jako kierownik wyprawy na Gasherbrumy w 1975 roku, zawiedziona, obserwuje dekonstrukcję mitu himalaizmu entuzjastycznego, w który wierzyła, a który zakładał spontaniczne wychodzenie drugiemu naprzeciw jego kłopotów. Ale i ona popełnia błąd – sama zdyscyplinowana, nastawiona na cel, przyznaje się do instrumentalnego zarządzania zespołem. Wrażliwa – także na opinię środowiska, tworzącego klimat do rozliczania przez władze sportowe dorobku wspinaczkowego, którego rezultaty mogą być windą w kierunku innych gór albo wyrokiem skazującym, przekreślającym, przynajmniej na jakiś czas, ambitniejsze plany. Czuje pęd do bycia samodzielną i do dokonywania wraz z partnerkami kobiecych przejść, które w zmaskulinizowanym, górskim świecie przynoszą uznanie. Tylko konkretne osiągnięcia mogą wpłynąć na zmianę wizerunku, że kobieta-partner w górach to nie „drażniąca w sytuacjach stresowych inność, budząca agresję czy eliminację z grupy przez obojętność”. Pełnię fajerwerków w tym względzie daje jej wyprawa na Everest. Stale wystawiana na próby, przymuszana do konieczności udowadniania, że jest w stanie podołać nie tyle górze, co wrogości towarzyszy liny, wmawiającym: „Jesteś niczym, taka mała, a nie wielka Wanda!” – wchodząc na szczyt, dopina swego.
Okoliczności nasycają indywidualność Wandy podwójną dawką zawziętości, twardości, czynią zrozumiałymi jej późniejsze losy. Momentami tak bardzo żal, że nie możemy jej przerwać i namówić do rewizji poglądu: „tak naprawdę w górach nikt nikomu nie pomoże” … Myślę, że i dziś trwałaby w przekonaniu co do jego prawdziwości, co więcej – doskonale ją rozumiem.

Karolina Smyk


Wanda Rutkiewicz, Na jednej linie, Wyd. ISKRY, Warszawa 2010

Wyślij artykuł znajomemu »