Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Beskid Śląski i Żywiecki / Fragment GSB na biegowo

Kosmos, prawda?

NPM 5/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Robert Gosiewski
(fot. Robert Gosiewski)
Do dobrego człowiek przyzwyczaja się szybko. Gorzej bywa w przeciwną stronę. Dobrze, że po wejściu do autobusu, którym ruszyłem w stronę początku Głównego Szlaku Beskidzkiego, okazało się, że przynajmniej zainwestowano w dużą liczbę wyjść ewakuacyjnych, łącznie z włazami awaryjnymi w dachu. Takie realistyczne podejście mnie uspokoiło.

Do Ustronia dotarłem szczęśliwy, ponieważ dotarłem. Jeszcze w drodze, kiedy na autostradzie (tak, wpuszczono nas na autostradę…) autobus osiągnął minimalną konieczną prędkość przelotową, a wraz z turbulencjami pojawiły się dodatkowe bodźce zapachowe, nie było to takie oczywiste. Gdy u stóp Czantorii odzyskałem już względną stabilność organizmu, postanowiłem swoje pierwsze kroki skierować do sklepu spożywczego, bo według wstępnego, schematycznego planu (chyba do końca życia pozostanę nieuleczalnym zwolennikiem radosnej improwizacji) zapowiadał się czterodniowy marszobieg przez dwa pasma Beskidów (Śląskiego i Żywieckiego). Moimi głównymi celami będą więc Barania Góra (1220 m n.p.m.) i Babia Góra (1725 m).

Gościniec z Krupówek
Wchodzę więc do pierwszego „spożywczaka” i kupuję podstawowy zestaw przetrwania: kabanosy, pasztet, konserwę turystyczną oraz bułkę. Spodziewaliście się batonów proteinowych, humusu z kiełkami i tofu? Z tego korzystam tylko w naprawdę ciężkich sytuacjach, gdy skończą się korzonki na szlaku i kora na przydrożnych drzewach.
Przejście przez Ustroń nie trwa długo, szybko przekraczam linię Wisły i prawie uderzam czołem o szlak, który na długości kilkudziesięciu metrów nabiera nachylenia 45 stopni. Dobrze, że nie trwa to długo i znad wysokiego horyzontu zaczyna wyłaniać się dach schroniska na Równicy (885 m n.p.m.). A raczej byłego schroniska, ponieważ gospodarze obiektu wywalczyli sobie w 2016 roku prawo nazywania miejsca „gościńcem”, a co za tym idzie, przestał tu obowiązywać regulamin schronisk PTTK. Kiedy już odzyskuję oddech i przecieram zasolone potem oczy, rozumiem, dlaczego do tego doszło. Samochody osobowe, busy i autokary zaparkowane są wszędzie wokół, a poziom hałasu dorównuje temu na Krupówkach w szczycie zimowego sezonu. Przy takim natarciu turystów utrzymanie statusu schroniska (w tym przypadku stawało się ono bezpłatnym miejscem na biesiadę, często biesiadę alkoholową z darmową toaletą i niską opłatą za miejsce noclegowe) było absurdalnym wyzwaniem. Wszystkie argumenty prowadzących w tym obiekcie działalność całkowicie rozumiem.
Czas jednak uciekać. Szybko ruszam przed siebie, by zostawić to targowisko próżności za sobą, nim zapomnę do końca, gdzie jestem. Mijam po lewej stronie Brenną i zaczynam wspinać się czarnym szlakiem w stronę Przełęczy Salmopolskiej (934 m n.p.m.). Wbiegam na polanę na Starym Groniu (798 m), gdzie znajduje się jedna z najładniejszych drewnianych wież widokowych w naszych górach. I co bardzo istotne, szczególnie zimą, z niezwykle komfortowym wejściem. Dzień jest pogodny i słoneczny, więc górny taras zatrzymuje mnie na kilkanaście minut widokiem rozpływającej się wokół głębokiej już zieleni.
Docieram do Przełęczy Salmopolskiej i nie przestaję poruszać nogami, bo na potylicy czuję chłodniejszy oddech zbliżającego się wieczoru. Za Galwasem (1077 m n.p.m.) czeka na mnie jeszcze jedna (nie ostatnia) atrakcja dzisiejszego etapu: tęcza. Ale jaka tęcza: potężny, wzniosły łuk, zakorzeniony mocno z obu stron na zalesionych wzgórzach, nie do objęcia przez obiektyw aparatu, całość zaś rozpięta na tle Kotliny Żywieckiej. Wielkie wow! Na Baranią Górę (1220 m n.p.m.) wdrapuję się już o lekkim zmroku, więc zostawiam podziwianie widoków na jutro, bo drugi dzień ma się zacząć od ponownego zdobycia tego szczytu.
Gonię w dół, w stronę schroniska. I tu, przyczajona w pogłębiającej się ciemności, czeka ostatnia atrakcja tego odcinka – szlak ruchomych bali. Spróbuję przybliżyć temat: kiedyś położono tu bardzo ładnie przycięte, równe pnie drzew, zapewne na grząskim podłożu, by utwardzić szlak i uczynić go łatwiejszym do pokonywania. Ale z czasem spora część bagna została wypłukana spod pni, a samo drewno nie przetrwało bez uszczerbku, tak więc obecnie nadgniłe i śliskie bale leżą w głównej mierze na… wodzie. I kiedy w mroku wbiegam na to zaawansowane dzieło sztuki inżynieryjnej, to utratę równowagi, przyczepności do podłoża, orientacji w przestrzeni, a także lekki „przedzawał” mam zagwarantowane. Ale jeśli wyniesie się z tej atrakcji całe uzębienie i nienaruszony kościec – jest się zwycięzcą. Ja wyniosłem. Jestem zwycięzcą. A w dodatku w całości pokonuję jeszcze kilkaset metrów w dół, aż widzę kanciastą bryłę schroniska Przysłop pod Baranią Górą.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też